Ciekawe tematy

Widzieć więcej – wywiad z Dariuszem Szubińskim

Dodano:
garwolin - Widzieć więcej – wywiad z Dariuszem Szubińskim

Kiedyś praca i wieloletnie stanowisko dyrektora w ogólnopolskiej firmie outsorsingowej, ciągle dzwoniący telefon, ciągłe wyjazdy służbowe. Postanowił zająć się fotografią, która od dziecięcych lat stanowiła jego pasję i hobby. W ostatnich latach pracy zawodowej uruchomił studio fotograficzne i zaczął oferować swoje usługi na rynku fotografii ślubnej. Mimo, że sam nie chce siebie nazywać fotografem, to nim bez wątpienia jest. Ma na swoim koncie nagrody – ostatnia przyznana przez

 National Geographic. Drzemie w mim artystyczna dusza, która widzi więcej. Nie boi się efekciarstwa nazwać tandetą, nie stara się podążać za trendami bo to on sam je sobie wyznacza. Cel jest jeden – prawda, uchwycenie rzeczywistości takiej, jaką jest naprawdę. Rozmowa z Dariuszem Szubińskim.



Kurier Garwoliński: Czy łatwiej być fotografem mężczyzną, czy może kobietą?
Dariusz Szubiński:
Nie wiem. Ale w środowisku fotografów przyjęło się, że kobiety dostrzegają więcej, zwracają większą uwagę na detale. Ja się tego nauczyłem. Ale zacznijmy od tego, że staram się siebie nie nazywać fotografem, ponieważ nie mam żadnego wykształcenia w tym kierunku. Jestem samoukiem, który przebył długą drogę aby dojść do miejsca, w którym obecnie jest.

KG: W takim razie artysta?
DS:
Nie, to zbyt górnolotne słowo. Po prostu robię zdjęcia, robię to, co lubię.

KG: Co skłoniło Pana do zainteresowania fotografią?
DS:
Tak naprawdę nie potrafię tego określić. Rozebrałem dwa aparaty Cmena 8M, które znalazłem w rodzinnym domu. Rozebrałem i nigdy nie złożyłem.  Nie widziałem też nigdy żeby mój tata czy ktoś z bliskiej rodziny wówczas robił zdjęcia, więc te aparaty leżały w domu, ale były bezużyteczne. Mając niespełna 12 lat stwierdziłem, że chciałbym mieć pierwszy aparat. Na tamtym etapie nie miałem żadnej świadomości czym jest fotografia, po prostu chciałem mieć aparat, żeby robić zdjęcia - taka zwykła, dziecięca fascynacja. I sam w dużym stopniu na ten mój pierwszy aparat zarobiłem. Wychowałem się na wsi, więc dla mnie praca to coś naturalnego, pracowałem właściwie odkąd pamiętam.

KG: Pierwszy aparat i co dalej?
DS:
Robienie zdjęć niemal wszystkiego. Gdybym miał tę świadomość, którą mam teraz, fotografowałbym jeszcze więcej. Wiele niesamowitych rzeczy działo się wokoło, a dziś już tego nie ma. Wtedy wszystko co było codziennością wydawało mi się mało interesujące, a dziś byłoby czymś niesamowitym. Na szczęście tych zdjęć trochę jest. One mają już swoją historię. Dla mnie fascynujące jest to, że fotografowałem już wtedy również martwą naturę, nie pamiętałem tego nawet, a odkryłem przeglądając negatywy z tamtych lat.


KG: Pana pierwsze zlecenie?
DS
: Pierwszy reportaż ślubny zrobiłem mając  13 lat. Oczywiście zdjęcia mam do dziś i muszę przyznać, oceniając jakość tych zdjęć, że są niezłe.

KG: Co Pan lubi fotografować?
DS:
Wszystko, co wydaje mi się interesujące. Lubię robić zdjęcia nieoczywiste. Rozpoczynając moją przygodę z fotografią ślubną w studio od początku byłem przeciwny sztampowym tłom, ustawianym zdjęciom z rekwizytami. W tamtych czasach moja koncepcja białego lub czarnego tła budziła kontrowersje. Ludzie chcieli mieć takie zdjęcia, jak koleżanka czy kolega. Na początku uległem tej presji. Konsekwentnie i systematycznie jednak się z tego wycofywałem. Obecnie jestem na takim etapie, że nie robię niczego wbrew sobie. Fotografuję tak, jak czuję. Lubię zdjęcia, które budują narrację między nadawcą a odbiorcą, przez które mogę coś przekazać, coś co na pierwszy rzut oka jest niewidoczne dla wielu odbiorców..


KG: Dlaczego fotografia ślubna?
DS:
Zaczęło się od studia. Potem reportaż, i to mnie bardzo wciągnęło. Staram się iść w kierunku zdjęć reportażowych bo to jest dla mnie prawdziwa fotografia, ale i ogromne wyzwanie. Sesje zdjęciowe również, ale pod warunkiem, że będzie to coś fajnego, innego. Jeśli ktoś chce mieć sesję wzorując się na znajomych czy rodzinie, staram się jej nie proponować. Robię to, w co wierzę, a wierzę, że fotografia reportażowa ma rację bytu i ona przetrwa bo jest prawdziwa, autentyczna, szczera.
Podczas reportażu nie da się wszystkiego zaplanować, trzeba umieć wejść w rolę, w pracę na totalnie nieznanym terenie. W fotografii reportażowej ja daję z siebie wszystko aby pokazać to, co dostrzegam, co mnie zafascynowało, co przykuło moją uwagę. Fotografuję to, co  moim zdaniem, dla ludzi, którzy są w obiektywie, będzie stanowiło piękne wspomnienia. Łącznie z tym, że czasami robię rzeczy, które klientom nie do końca od razu się podobają.

KG: Na przykład?
DS:
Na przykład moi klienci nie chcą zdjęć w pokoju, w którym szykują się do ślubu bo tam, jak twierdzą, jest bałagan. Dla nich to bałagan - dla mnie znak życia tego domu. To jest coś co za 10 czy 20 lat będzie wywoływało wspomnienia, emocje – i o to chodzi. Z przygód, z sytuacji, które miały miejsce można by napisać książkę. Przepiękne chwile. I to jest to, co mnie w fotografii fascynuje.

KG: Czyli fotograf musi widzieć więcej?
DS:
Tak, na tym to polega. Moim zadaniem jest uchwycenie czegoś, co oni docenią być może dopiero za kilka lat. Są takie sytuacje, które u domowników budzą skrajne emocje –ale ja wiem, że warto to zrobić, dlatego przekonuję. Linia, po której się poruszam realizując reportaż może być bardzo cienka. Dotyczy to sytuacji, kiedy, na przykład w rodzinie jest ktoś mocno schorowany, czasem w łóżku, czasem z pielęgniarką. Często są to miejsca, w których nikt dotychczas nie robił zdjęć, a ja wkraczam z aparatem, przekonuję, że warto. Przecież to są zdjęcia dla najbliższych. Przy czym trzeba uszanować godność tej osoby i pokazać tę godność na zdjęciu. Dlatego reportaż ślubny to coś w rodzaju powołania. Trzeba zrobić coś, co dla tych ludzi będzie ważne.


KG: Jak osiągnąć ten kompromis między oczekiwaniami klienta, a Pana koncepcją?
DS:
To kwestia rozmowy, zaufania i przekazania tego jak ja to widzę. Zdarza się, że nie ulegam prośbom klienta i mówię wprost – tego nie zrobię. Ale wiem czego ten klient oczekuje, słuchając oczekiwań i poznając potrzeby klientów zawsze staram się znaleźć kompromis.

KG: Ostatnio wygrał Pan konkurs National Geographic w kategorii człowiek?
DS:
Muszę przyznać, że niechętnie biorę udział w konkursach. I gdyby nie namowy znajomych, to tym razem  pewnie zdjęć też bym  nie wysłał.
Zdjęcie, które wygrało to portret z tatą i zostało zrobione podczas reportażu ślubnego. Jak już wcześniej wspominałem nie przepadam za zdjęciami pozowanymi, staram się ich unikać, ale tego mężczyznę fotografowałem już przed domem, gdy karmił gołębie. I kiedy panna młoda poprosiła mnie o zdjęcie z ojcem, zgodziłem się bez wahania, ponieważ ten ojciec, oprócz tego, że był bardzo schorowany, miał niesamowitą prawdę w oczach.


KG: A inne nagrody?
DS:
Tych nagród nie ma aż tak dużo. Pierwszą nagrodę zdobyłem jako dzieciak. Był taki program „Laboratorium”. Wówczas wysłałem zdjęcie gniazda os i zająłem drugie miejsce. W telewizji powiedzieli, pokazali zdjęcie… Dla 14-letniego chłopaka to było coś. Drugi konkurs to taki organizowany w liceum. Wtedy zrobiłem zdjęcia mojej wychowawczyni i również zdobyłem nagrodę, tym razem pocieszenia, ponieważ moje zdjęcia w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły (śmiech). I był jeszcze jeden konkurs. Jestem pasjonatem kawy i o kawie mógłbym mówić niemal tyle, ile o fotografii… Kupiłem kiedyś używany młynek do kawy, wraz z młynkiem, za niewielką dopłatą, dostałem zrujnowany ekspres do kawy. Dlatego musiałem szukać części zamiennych. I poszukując tych części natknąłem się na konkurs organizowany przez polskiego dystrybutora włoskich ekspresów Faema. Chodziło o nietypowe zdjęcia ekspresu. Pomyślałem – mocno wyeksploatowany ekspres już mam, to dobry początek. Wywieźliśmy go z żoną na pole, rozwiesiliśmy jutowe worki po ziarnach kawy. Powstały zdjęcia w jesiennym klimacie, które wysłałem na konkurs. Udało się  zdobyć drugą nagrodę - trzydniowy wyjazd dla dwóch osób wraz zwiedzaniem fabryki Faema we Włoszech.
Od tamtej pory nie wysyłałem zdjęć na konkursy. Dopiero ostatnio zdecydowałem się wziąć udział w edycji konkursu „Portret prawdziwy” (link do konkursu dostałem od znajomych z prośbą o udział i wysłanie zdjęć) – moje zdjęcie zostało tam wyróżnione. I to wyróżnienie zmotywowało mnie do tego, żebym ostatniego dnia wysłał swoje zdjęcie do konkursu organizowanego przez National Geographic, zresztą ponownie za namową innych (śmiech).




zdjęcie do konkursu "Laboratorium"


KG: Skąd ta niechęć do konkursów?
DS:
Nie wysyłam zdjęć bo wcale nie czuję się tak dobry.
Nie potrafię się do tego zmobilizować i nie śledzę wydarzeń konkursowych, zwyczajnie nie przywiązuję do tego aż tak dużej wagi.

REKLAMA:


KG: Niech Pan opowie coś o albumie, który powstaje?
KG:
Chodziło o zachowanie tego, co już niespotykane. Jest to historia o pani Zosi, która wykonuje zawód piekarza. Ciężka praca, a przy tym charyzma, z którą wykonuje wszystkie swoje obowiązki to temat mojego albumu. To nie jest jednak opowieść o powstawaniu chleba. To opowieść o człowieku, który traktuje swoją pracę niemal jak powołanie. Podobnie ja postrzegam swoją pracę. Powołanie i zobowiązanie do wykonania jej jak najlepiej.


KG: Na jakim etapie jest praca nad albumem?
DS:
Album jest właściwie skończony. Kosztował mnie mnóstwo czasu. Edycja, czyli ułożenie i selekcja zdjęć były dla mnie bardzo trudne, ponieważ mam do nich stosunek emocjonalny. W albumie nic nie jest przypadkowe; układ, rozmiar zdjęć, papier, jego struktura, czy okładka, obwoluta. Niezwykle istotny jest sam sposób narracji; czy zdjęcie będzie po lewej, czy po prawej stronie albumu, czy wypełnia stronę, czy tylko jej część. Tekst, który będzie umieszczony w albumie również jest już zredagowany. W połowie lutego odbyły się próbne wydruki a cały, kompletnie przygotowany projekt trafił z końcem lutego do drukarni.



KG: Ten album będzie dostępny tylko w wersji papierowej?
DS:
Tak. Ta opowieść ma działać na papierze.

KG: Dlaczego Pan się zdecydował na wydanie albumu?
DS:
Album to forma dość ambitna. Chciałem zachować piękno, którego ja doświadczyłem, dla innych. Chciałem zrobić coś wartościowego, a żeby tak było, musiało to być czymś trwałym, czymś namacalnym. Szczęśliwie udało mi się pozyskać fundusze na  produkcję albumu w nakładzie 1050 egzemplarzy. Album będzie można nabyć, między innymi w księgarni „Sowa”, w Garwolinie.

KG: Ma Pan swoją ulubioną fotografię?
DS:
Nie mam jednej ulubionej fotografii, ale bardzo lubię dobrą fotografię, ambitną głównie reportażową. Bardziej chyba można mówić o typie zdjęć niż o poszczególnych fotografiach. Tomek Sikora, Chris Niedenthal, Tomasz Tomaszewski, Marcin Kydryński czy Tomasz Gudzowaty to tylko nieliczni z polskich fotografów jakich bardzo cenię, jest ich naprawdę dużo więcej. Piękne fotografie Alexa Weba, Davida Drebina, Elliott Erwitt, Josef Koudelka, Gresson, Robert Capa i naprawdę wielu innych. Ostatnie odkrycie to rosyjski fotograf Дмитрий Марков i jego album "Черновик" - właśnie czekam na przesyłkę z Rosji. Polecam!

KG: Co Pan najbardziej ceni w fotografii?
DS:
Prawdę. Nie znoszę efekciarstwa. Obiektyw typu rybie oko, sepia i wszelkie inne tego typu zabiegi nie są prawdziwe. Na przykład obiektywy szerokokątne – to się ludziom podoba bo nie widzimy tak, jak to jest ujęte na zdjęciu. I wiele osób powie wow, a ja mówię, że to niestety jest prostym i efekciarskim zabiegiem, który z czasem stanie się tandetą.

KG: Nigdy nie zrobił Pan czegoś, z czym się Pan nie godził?
DS:
Oczywiście, że zrobiłem. I się tego nie wstydzę bo to jest naturalny etap w rozwoju ambitniejszego fotografowania. Żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nie chcę tego robić, musiałem tego dotknąć, spróbować.

KG: Gdzie Pan szuka inspiracji do sesji?
DS:
Jadąc na sesję nie da się wszystkiego zaplanować, trzeba umieć wejść w rolę, w pracę na totalnie nieznanym terenie. Ta wielka niewiadoma jest właśnie tym, co mnie motywuje do efektywnej pracy. To jest niesamowite. W 2012 roku po raz pierwszy realizowałem zagraniczną sesję ślubną. Teraz jestem już po ponad 25 zleceniach tak sesji zagranicznych, jak i kilku reportaży ślubnych. Same sesje najczęściej organizuję dla moich klientów osobiście. Przygotowuję plan wyjazdu, zakwaterowanie i oczywiście koncepcję samej sesji.  Bywało, że klient mówi wprost: Chcemy sesję tam, gdzie jeszcze nikogo nie zabrałeś. Inni zaś chcą odwiedzić podczas sesji znane miejsca jak Paryż, Rzym czy Wenecja i w tym przypadku również muszę wiedzieć gdzie ich zabrać, jak poprowadzić plan sesji.






KG: Jaką radę mógłby Pan dać początkującym fotografom?
DS:
Robić zdjęcia, setki, tysiące, w każdej wolnej chwili. Trzeba nauczyć się dostrzegać więcej choćby na zwykłym spacerze. A to można osiągnąć tylko dzięki ciągłemu robieniu zdjęć. Czasami fotografując, sam do siebie mówię - szukaj, musi być coś ciekawego.  Kiedy jednak mówię o robieniu zdjęć to wcale nie mam na myśli fotografowania tylko i wyłącznie przy pomocy aparatu.  Zdjęcia powstają w naszej głowie, tutaj w sposób świadomy możemy budować kadr, ujęcie i fotografować. Sam aparat przyda się, gdybyśmy efekt tej naszej fotograficznej zabawy zechcieli pokazać innym.

KG: Prowadzi Pan warsztaty z fotografii?
DS:
Prowadziłem. Ciągle mam zapytania o terminy warsztatów, na razie nie wpisałem w grafik kolejnej edycji. Brak czasu – to po pierwsze. Po drugie ja nie chcę prowadzić warsztatów z fotografii, którą uprawiam zawodowo. Uważam, że było by źle gdyby ktoś dostał taką pigułkę. To nic nie wnosi. Na warsztatach jednak staram się przekazać podstawową wiedzę i rozmawiać na temat kompozycji, uczyć pewnych zależności uzyskania efektu poprzez zadane ustawienia sprzętu. Dla osób bardziej zaawansowanych program warsztatów to między innymi omawianie materiałów fotograficznych ze zwróceniem uwagi na zasady kompozycji, budowanie opowieści w ramach kadru zamykającego obraz fotograficznej sceny, omawianie sposobu obserwacji światła, ludzi … Spora dawka opowieści i poglądowych zdjęć by pewne zagadnienia omówić na konkretnych przykładach.
W tamtym roku w planach był fajny projekt, którego nie udało się spiąć organizacyjnie - warsztaty z CSiK, pod tytułem „Siłownia fotograficzna”.  Ciekawe rozmowy na temat fotografii; mniej nauki, więcej wyjścia w plener. Może w tym roku się uda…

KG: Pańskie marzenia?
DS:
Mieć zdrową rodzinę, móc widzieć uśmiech na twarzach moich bliskich, mojej żony i moich dzieci.

KG: A zawodowe?
DS:
Chciałbym żeby fotografia nigdy mi się nie znudziła, zawsze była inspiracją. Długo dążyłem do tego, żeby całkiem nie zapełniać grafiku na kolejny rok. Nie było łatwo, ale się udało. Chciałem mieć również czas dla rodziny – spotkać się ze znajomymi. Nie oznacza to, że praca mnie przytłacza, przeciwnie,  czuję się tak jakbym cały czas odpoczywał. Jeśli łączy się pasję z pracą, jest to możliwe. Ale chodzi raczej o pewną przestrzeń, swobodę. Często zastanawiam się co dalej? Planów jest wiele – na przykład działka w Toskanii, własna winnica, kawiarnia. Mam dużo pomysłów, który z nich nabierze wymiarów rzeczywistych? Nie wiem…

KG: Dziękuję za rozmowę.


Odwiedź nas na facebooku