Ciekawe tematy

"Nauczyłem się nie słuchać ludzi, którzy nigdy nie byli w miejscu, do którego ja zmierzam". Rozmowa z Dawidem Szelągiem

Dodano:
garwolin -

Wywiady, rozmowy z przedsiębiorcami, ludźmi biznesu i kultury, to cykl, który ukazuje drogi do szeroko pojętego sukcesu. Jaki jest zamysł tych rozmów? Przede wszystkim inspiracja do działania. Tak było i w tym przypadku. Dawid Szeląg znany przede wszystkim jako tancerz, współzałożyciel szkoły tańca Street Dance Studio. Niedawno zajął się również nieruchomościami. Mieszkania z rynku wtórnego, które remontuje i urządza wraz z żoną Kasią, stały się kolejnym sposobem na życie.

Ta historia to dowód na to, że warto wierzyć w marzenia i z uporem realizować własne cele bez względu na to, co mówią inni.



KG: Zacznijmy od początku, czyli od tańca…
DS:
Zamiłowanie do tańca pojawiło się już we wczesnym dzieciństwie. Mama przypominała mi o tym, że będąc czterolatkiem, naśladowałem Michaela Jacksona. Na początku żadnych lekcji tańca nie pobierałem, byłem samoukiem. Za to trenowałem karate, potem akrobatykę. Następnym etapem moich poszukiwań tańca byli znajomi, którzy trenowali breakdance. Na profesjonalne lekcje tańca trafiłem dopiero w 2007 roku i miało to związek z emisją telewizyjną programu You Can Dance. Wtedy zacząłem poszukiwania miejsca, w którym mógłbym się nauczyć tańczyć. Szukałem szkół, szukałem w Internecie, ale w tamtym czasie niewiele znalazłem. Pewnego dnia wsiadając do autobusu, spotkałem kolegę z osiedla, który miał założone słuchawki na uszy i wykonywał, z mojego punktu widzenia, dziwne ruchy. Podszedłem do niego, okazało się, że tańczy popping, pokazał mi kilka filmików na telefonie, puścił mi też kilka utworów muzycznych. Nie zastanawiając się pojechałem z nim na najbliższy trening, którym mocno się rozczarowałem. Zajęcia były nieciekawe, instruktor co 15 minut robił przerwę na papierosa, co w ogóle kłóciło się z moim pojęciem aktywnego stylu życia. Dlatego pierwsze zajęcia okazały się moimi ostatnimi, w tamtym czasie. Poszukiwałem dalej, tym razem przez media społecznościowe. W końcu znalazłem zajęcia u Pawła Tolaka, który do dziś jest moim przyjacielem. To on otworzył mi serce i umysł na taniec.

KG:   Kiedy pojawił się pomysł otworzenia szkoły tańca?
DS:
Muszę przyznać, że odkąd pamiętam towarzyszyła mi myśl, żeby się tym tańcem dzielić z innymi. Oczywiście na pierwszym etapie nauki tańca było to niemożliwe. Ja miałem straszne problemy, ponieważ nie słyszałem muzyki, byłem kompletnie arytmiczny. Dlatego musiałem to wszystko wypracować. W 2009 roku nie widziałem dalszej możliwości rozwoju w Polsce. Potrafiłem tyle samo, ile potrafili instruktorzy i nie bardzo wiedziałem jak mam się dalej rozwijać. Dlatego pojawiła się myśl wyjazdu do Londynu. I tak też zrobiłem, razem ze znajomymi kupiliśmy bilety i polecieliśmy.  Pracowaliśmy gdzie się dało – rozwożąc ulotki i ludzi, którzy rozwożą ulotki. Dzięki temu, że pracowaliśmy siedem dni w tygodniu, uzbieraliśmy trochę pieniędzy, które przeznaczyliśmy właśnie na naukę tańca. Ale mimo wszystko zatęskniło mi się za Polską, wróciłem do Warszawy i od razu zacząłem uczyć. Pracowałem w przedszkolach, w ogniskach wychowawczych i w wielu szkołach tańca. Przy okazji jeździłem na różnego rodzaju turnieje. Zamysł był taki, żeby jak najwięcej ludzi dowiedziało się, że tańczę. Na zajęciach poznałem moją obecną żonę, która wtedy przyjeżdżała do Warszawy na moje zajęcia.  Połączyliśmy swoje marzenia. I tak pojawił się pomył otwarcia szkoły tańca w Garwolinie. Street Dance Studio powstało w 2012 roku i ma się dobrze (śmiech).

KG: Od razu było tak dobrze, jak sobie to założyliście?
DS:
Absolutnie, nie. Naszym marzeniem była szkoła tańca, ale w tamtym czasie nie mieliśmy żadnych środków finansowych żeby taką szkołę otworzyć. Musieliśmy wziąć kredyt i zanim okazało się, że to strzał w dziesiątkę były momenty zwątpienia. W pierwszym miesiącu zgłosiło się do nas około 300 osób, w drugim zostało 80 osób, w trzecim jeszcze mniej. W grudniu stanęliśmy pod ścianą – trzeba było opłacić czynsz, kredyt, a my nie mieliśmy z czego. Ale nie poddawaliśmy się, wyszliśmy do ludzi, a wyglądało to tak, że codziennie wsiadałem w samochód i jeździłem po szkołach. Odwiedziłem chyba wszystkie szkoły w powiecie. I to pchnęło nam wszystko.

KG: Obecnie ile osób uczęszcza do szkoły?
DS:
Ponad sto, ale wynika to z przyczyn czysto technicznych - posiadamy dostęp do jednej sali treningowej. Na obecną chwilę nie mamy możliwości przyjęcia większej liczby osób. Dla nas jest to optymalna liczba, ale chętnych jest zdecydowanie więcej.

KG: Wiem też, że zajmuje się Pan kupnem nieruchomości.
DS:
Tak, studio pozwoliło nam spełniać siebie, swoje marzenia i marzenia naszych uczniów, wtedy zaczęliśmy inwestować w nieruchomości.

KG: Na czym dokładnie polegają Pana inwestycje?
DS:
Są to mieszkania z rynku wtórnego w starym budownictwie. Kupuję mieszkania, które wymagają generalnego remontu. Współpracuję z ekipą remontową, z architektem, z radcą prawnym i firmą księgową zajmującą się rozliczaniem nieruchomości. Wykonujemy remont generalny polegający na wymianie hydrauliki, elektryki, położeniu nowych tynków, gładzi, podwieszaniu sufitów, wymianie instalacji grzewczej i okien, jeśli tego wymaga dana nieruchomość. Następnie realizujemy plan architekta dobierając podłogi, drzwi, wszystko w wysokiej jakości. Kuchnie wykonuje stolarz, a elementami dekoracji, czyli tzw. Homestagingiem, zajmuje się moja żona, Kasia. Gdy projekt zostanie zrealizowany, mieszkanie leci pod tzw. „młotek”.

KG: Te mieszkania są zlokalizowane również w Garwolinie?
DS:
Nie, w Warszawie. W Garwolinie nie da się tego robić.

KG: Dlaczego?
DS:
Ponieważ ceny mieszkań deweloperskich są porównywalne z rynkiem wtórnym, poza tym w Garwolinie mamy wysyp deweloperki, powiedziałbym wręcz, że monopol.

KG: Jedna działalność, potem druga, skąd taka decyzja?
DS:
Nigdy nie mieliśmy problemów z inwestowaniem pieniędzy w studio, w nowe projekty taneczne, nawet kiedy wiedzieliśmy, że nie przyniesie to nam profitu finansowego. Ideą był rozwój dzieciaków, które uczą się tańczyć w naszej szkole, dlatego te pieniądze często przeciekały nam przez palce. Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić i jak to zrobić żeby lepiej pożytkować zarobione pieniądze. Wszystko się zmieniło kiedy książkę Michała Szafrańskiego „Finansowy ninja”, która przewróciła mój świat do góry nogami. Zaczęliśmy oszczędzać. A żyjemy w takich czasach, że, moim zdaniem, głupi ten, kto nie oszczędza, kto nie pomnaża kapitału. W naszym życiu pojawiło się dziecko, syn, to też było bodźcem do tego, żeby zadbać o przyszłość. W Internecie oczywiście milion pomysłów jak inwestować pieniądze. 90% z nich wprowadzało raczej w kłopoty, niż w zamożność. Ja nie rozumiem kryptowalut, więc w to w ogóle nie wchodziłem, nie bawię się w piramidy finansowe, bo nie znam nikogo kto by na tym dobrze wyszedł. Zainwestowaliśmy w warsztaty, które wprowadziły nas w tajniki inwestowania. I podjęliśmy ryzyko. Nie mieliśmy na tyle dużego budżetu żeby kupować kilka mieszkań. Przy pierwszym mieszkaniu posiłkowaliśmy się kredytem, bo taka jest idea obrotu nieruchomościami według strategii Wojciecha Orzechowskiego. Ja codziennie dojeżdżałem do Warszawy, obejrzałem w ciągu czterech miesięcy 111 mieszkań, rozmawiałem z ludźmi, poznałem ich historie, wypiłem tysiące herbat (śmiech). I szukałem tego jednego konkretnego, które w końcu znalazłem.

KG: Jakimi kryteriami kierował się Pan przy wyborze tego jednego, pierwszego?
DS:
Dobra lokalizacja, nie ostanie piętro, parter też odpadał. Przytulne, rozkładowe, wymagające remontu generalnego, najkrócej –   mieszkanie z potencjałem.

REKLAMA:


KG: Jak wyglądał cały proces kupna tego mieszkania? Jak poradził Pan sobie z trudnościami, wątpliwościami?
DS:
Trzeba zacząć od tego, że byłem bardzo szczęśliwy, tym bardziej, że już na start udało mi się wynegocjować kwotę o 55 tysięcy niższą od tej wyjściowej – to jest bardzo dużo. W zasadzie od razu można było to mieszkanie sprzedać i zarobić 55 tysięcy, ale uparliśmy się, że je wyremontujemy. Pierwszy remont przyprawił mnie o siwe włosy, ponieważ mieliśmy problemy z ekipą remontową, która nie rozumiała idei tego projektu. Ale kiedy udało się wszystko wykończyć, mieszkanie sprzedało się bardzo szybko. Wystawiłem je pod koniec listopada i pierwszego dnia pośrednicy wydzwaniając do mnie, rozładowali mi telefon. A sprzedało się w ciągu sześciu dni od rozpoczęcia intensywnej sprzedaży. Sami byliśmy zaskoczeni. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że można robić więcej. I tak pomału sobie działamy.

KG: A czy umiejętności interpersonalne, komunikacyjne, przydają się w handlu nieruchomościami?
DS:
Oczywiście. Relacja z drugim człowiekiem jest bardzo ważna. Cały obrót nieruchomościami opiera się na budowaniu relacji. Na początku trzeba nawiązać bardzo dobre relacje z pośrednikami. Ja nauczyłem się nagradzać ludzi. Więc jeśli ktoś sprawia, że zarabiam, to chcę żeby ta osoba również na tym zarobiła – chodzi o osobę, która daje mi informację o mieszkaniu na sprzedaż. Człowiek, który uczył mnie inwestowania, zawsze powtarzał: Jeśli ty zarabiasz kilkadziesiąt tysięcy, to dlaczego druga osoba, która ci w tym pomogła ma nie zarobić? Umiejętności komunikacyjne ważne są też na etapie kupna nieruchomości, ponieważ ci ludzie najczęściej nie sprzedają mieszkań dlatego, że chcą, ale dlatego, że życie ich do tego zmusza. A nam z kolei zależy na tym żeby kupić  mieszkanie jak najtaniej. Dodatkowym aspektem jest wartość sentymentalna. Dla pani, od której kupowałem pierwsze mieszkanie, kafelki, które miały 25 lat, były nowe. Dlatego w delikatny sposób trzeba wskazać wady tego mieszkania, ale rozmowę należy przeprowadzić w taki sposób, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony. Następny etap, to ekipa remontowa, trzeba znaleźć wspólny język korzyści. I na koniec nawiązujemy relacje sprzedając mieszkanie, trzeba wzbudzić zaufanie, ale trzeba też być stanowczym, pewnym siebie i przedstawić mieszkanie w taki sposób aby ludzie po drugiej stronie zaczęli o nim marzyć.

KG: Do jakiego etapu wykańcza Pan te mieszkania?
DS:
Cały proces tzw. flipa (flipping - z ang. obracanie nieruchomościami) polega na tym aby dać klientowi gotowy produkt. Dlatego te mieszkania w momencie sprzedaży są gotowe do zamieszkania. Są meble, elementy dekoracyjne, klient właściwie wchodzi ze szczoteczką do zębów (śmiech).

KG: W tym momencie kupuje Pan więcej mieszkań, czy raczej są to pojedyncze inwestycje?
DS:
Uważam, że najlepsze są pojedyncze inwestycje, ponieważ taki remont pochłania bardzo dużo energii i czasu. Inwestor musi być w pełni skoncentrowany bo o błąd, który może kosztować wiele bardzo łatwo.

KG: Czy to jest  biznes dla każdego?
DS:
Zdecydowanie nie. To nawet czasami nie jest biznes dla kogoś, kogo na to stać, ponieważ tu jest bardzo dużo mechanizmów, które trzeba ze sobą połączyć. Ja nie lubię rutyny w życiu, dlatego taki sposób zarabiania pieniędzy bardzo mi się podoba, po prostu lubię to robić. Najpierw szukam, zmagam się z tym żeby znaleźć odpowiednie mieszkanie, później negocjuję, następnie walczę z ekipą remontową. Tu jest kilka aspektów, które mnie osobiście bardzo się podobają. Ale trzeba jasno powiedzieć, że jest to też obarczone dużym ryzykiem. Rynek jest tak zmienny… Zresztą nie ukrywam, że nie zająłbym się nieruchomościami, gdyby nie warsztaty, które razem z żoną przeszliśmy na początku 2017 roku.  W 2016 roku wiedziałem o nieruchomościach tyle, że się nie ruszają. Jako tancerz, żyłem w przekonaniu, że jestem za mały  na tego typu inwestycje.

KG: A co dały Panu te warsztaty?
DS:
Przede wszystkim potrzebowałem takiego zabezpieczenia, że jeśli coś się będzie waliło, to będzie osoba, która mnie z tego wyciągnie. Tą formą były warsztaty. Dostaliśmy takie zapewnienie, że organizator kursu prowadzi za rękę przez cały proces inwestycji: coś się dzieje, dzwoń! Masz problem podatkowy, dostajesz telefon do radcy podatkowego czy księgowego. Pojawia się problem z remontem, przyjeżdża fachowiec i pomaga. Więc dla mnie to był potężny parasol bezpieczeństwa, z którego, nie ukrywam, korzystałem na każdym możliwym kroku inwestycji.

KG: Co na to otoczenie?
DS:
Na początku wiadomo jakie są reakcje, zresztą z tańcem było tak samo. Porady typu: nie rób tego, tancerza na nic nie stać, znajdź sobie porządną pracę itd. Potem pomysł otwarcia szkoły tańca i komentarze: Nie uda ci się to, zobaczysz, że biznes ci padnie po kilku miesiącach. Z inwestowaniem podobnie: Nie dasz rady, za dużo inwestorów, na rynku jest przesyt, każdy inwestuje. A kiedy sprzedało się pierwsze mieszkanie usłyszałem, że miałem szczęście początkującego. Nauczyłem się nie słuchać ludzi, którzy nigdy nie byli w miejscu, do którego ja zmierzam.

KG: A dokąd Pan zmierza?
DS:
Do wolności finansowej.

KG: Jak zdefiniowałby Pan pojęcie sukcesu w biznesie?
DS:
Ja nie wiem, ja nigdy sukcesu nie osiągnąłem. Sukcesem może się poszczycić ktoś, kto jest rentierem, jego aktywa same na siebie pracują, a on już nie musi robić w zasadzie nic. My realizujemy cele. A sukces? Zobaczymy za parę lat co było sukcesem, a co nie. Naszą receptą jest pracować, ja uważam, że nic się nikomu nie należy za darmo, na wszystko trzeba zapracować. My dużo pracujemy. Staramy się robić jak najwięcej również wokół szkoły tańca, pomału dojrzewamy nawet do myśli, że może należy komuś przekazać pałeczkę. Dojrzałem do tego, że są ludzie, którzy potrafią to robić lepiej ode mnie, tym bardziej, że są to ludzie młodzi. Zaczynamy przygotowywać swoich uczniów do tego, żeby oni przekazywali swoją wiedzę innym, bo to już ten czas. Chciałbym żeby ta szkoła miała świeży powiew, bo ja chyba już trochę zdziadziałem (śmiech). Dlatego zaczynam też szukać innych możliwości, w których będę mógł się wykazywać, może będą to nieruchomości…

KG: Jakie jest Pana największe marzenie?
DS:
Moim marzeniem jest zapewnienie dobrego życia mojemu dziecku. To jest numer jedne na mojej liście. A drugie –  chciałbym się uniezależnić od ZUS-u. Niezależność finansowa to mój cel. Chciałbym zostać rentierem. Chcę dożyć dnia, w którym nie będę musiał ze strachem otwierać kopert ZUS-u i zastanawiać się czy dożyję, czy nie.

KG: Połączył Pan pasję z twardym stąpaniem po ziemi.
DS:
Mam takie powiedzenie, które od kilku lat wiedzie mnie przez życie: Szewc, który chce zarabiać pieniądze będzie szył buty. Szewc, który chce szyć buty, całe życie będzie zarabiał pieniądze. Tym się kieruję, i wierzę, że jeśli robiąc coś, będę w to wkładał całe serce, całą swoją energię, to pieniądze przyjdą same. Mam wielu znajomych, którzy mają bardzo dobre pomysły, jednak większość z nich ma syndrom odkładania ich do szuflady. Ja  uważam, że trzeba znaleźć w życiu coś, w czym się jest najlepszym i przekuć to w biznes.

KG: Chciałby Pan, żeby syn poszedł w Pana ślady?
DS:
Nie.

KG: Dlaczego?
DS:
  Jestem przeciwnikiem przymuszania dziecka do realizowania ambicji rodzica. Czasami obserwuję tego typu zachowania właśnie w szkole tańca. Niejednokrotnie zdarzyło mi się powiedzieć to rodzicowi,  który przyprowadzał dziecko na zajęcia. Żona bije mnie za to po głowie (śmiech). Ale ja wiem, że to nie jest miejsce tego dziecka, a może właśnie w tym czasie powinno być w innym miejscu i realizować się w swoich zainteresowaniach. Żyjemy w czasach nadwyrężania kręgosłupa zainteresowań dzieci. Kiedy słyszę, że dziecko nie ma czasu na zabawę ze znajomymi, bo: nauka, skrzypce, taniec, piłka, basen, a potem korepetycje, to aż mnie mdli. Warto próbować, ale nie przymuszać. Dlatego mój syn sam zdecyduje co będzie chciał robić.

KG: Czego ja Panu mogę życzyć?
DS:
Wszystko na razie dobrze idzie.

KG: Czyli oby tak dalej. Dziękuję za rozmowę.
DS:
Ja również dziękuję. Przy okazji, w imieniu Street Dance Studio, chciałbym wszystkich serdecznie zaprosić na zbliżającą się galę, która odbędzie się 16 czerwca o godzinie 11:00 w sali kinowej CSiK, jak co roku wystąpi ponad 100 osób, będą pokazy grup, pokazy instruktorów i kilka dodatkowych atrakcji. Radzimy przychodzić nieco wcześniej bo sala zawsze jest pełna. Ludzi utalentowanych trzeba wspierać, a w tym przypadku najlepszym wsparciem jest obecność, dlatego jeszcze raz zapraszamy.



Na zdjęciu Marcelina Zawadzka, Dawid Szeląg i Michał Leszek


Odwiedź nas na facebooku