Ciekawe tematy z Garwolina

Muzyczna historia włoskiego tenora

Dodano:
garwolin - Muzyczna historia włoskiego tenora

Muzyka towarzyszyła mu od zawsze. Zaczynał od gry na instrumentach, pasję do śpiewu odkrył w sobie nieco później za sprawą ludzi, którzy dostrzegli w nim talent zanim on sam zdążył go w sobie odkryć. Jak podkreśla piękny głos to dar, narzędzie, które trzeba ciągle doskonalić. O wiele ważniejsze są emocje przekazywane innym.

I te emocje są punktem wyjścia historii Sergia Bettasa, włoskiego śpiewaka, tenora, absolwenta Conservatorium Sztuki Śpiewu w Ferrarze. Z jednej strony pewność siebie, z drugiej duża pokora do muzyki, największej pasji, bez której nie wyobraża sobie życia. I chyba nie jest to utarty frazes zapisany na potrzeby tego wywiadu. Ja nie mam wątpliwości… Zresztą można było się o tym przekonać osobiście bo wywiad zbiegł się z jego pierwszą płytą i pierwszymi solowymi koncertami w Garwolinie…



Kurier Garwoliński: Co Cię sprowadziło do Polski?
Sergio Bettas:
To było dziesięć lat temu. Wówczas we Włoszech poznałem swoją byłą żonę, która pochodzi z Warszawy. To za jej namową przyjechałem do Polski. Życie napisało swój scenariusz, ale zostałem w Polsce ze względu na mojego syna oraz na pracę.

KG: No właśnie praca… Jak to się stało, że od razu po przyjeździe do Polski nawiązałeś współpracę z warszawskim teatrem?
SB:
To było jeszcze podczas pobytu we Włoszech. Żona znalazła ogłoszenie o pracę, ponieważ już wtedy intensywnie myślała o przyjeździe do Polski. Szukano wówczas dwóch tenorów do chóru w Teatrze Wielkim, w Warszawie. Dostałem tę pracę i pracowałem tam przez pięć lat, od 2013 roku.

KG: Nie miałeś żadnych obiekcji jadąc do Polski?
SB:
Potraktowałem to jako wyzwanie, nie widziałem co mnie czeka, ale też nie miałem strasznych rozterek. Wiedziałem, że w Polsce będę śpiewać i to mi wystarczyło. Po prostu postawiłem wszystko na jedną kartę.

KG: Jakie były twoje pierwsze reakcje po przyjeździe do Polski?
SB:
To był październik – pamiętam, pogodę, było zimno, padał deszcz. Ale niespecjalnie mnie to zraziło. Pamiętam też reakcję ludzi, którym przedstawiał mnie dyrektor teatru. Patrzyli na mnie trochę ze zdziwieniem, trochę z niedowierzaniem, zaciekawieniem. Ja wtedy umiałem po polsku powiezieć dzień dobry (śmiech).

KG: Co się wydarzyło, po tych pięciu latach spędzonych w Teatrze Wielkim ?
SB:
W pewnym momencie poczułem, że już się nie rozwijam. Kiedy praca przestaje dawać satysfakcję, to znak, że trzeba coś zmienić, tak było w moim przypadku. Praca w chórze bywa żmudna, chciałem robić coś innego. Już wtedy myślałem o koncertach, o tym żeby występować solo.

KG: Od razu się udało?
SB:
Nie do końca… Był taki czas w moim życiu, że wpadłem w zawodową depresję. Miało to związek z moim życiem prywatnym. Nie chciałem śpiewać, nie chciałem zajmować się muzyką, ale to było chwilowe bo muzyka to całe moje życie (śmiech). Podjąłem decyzję, że wracam do Włoch, do teatru w Parmie. Pracowałem tam dwa lata i wróciłem do Polski definitywnie.

KG: Kiedy był ten moment, że wszystko zaczęło się układać?
SB:
Momentem przełomowym były dla mnie dwa koncerty charytatywne, na których poznałem osoby, które zmieniły moje życie zawodowe. Z jedną z tych osób współpracuję do dziś – jest to Włoch Alberto Amati. On śpiewa muzykę rozrywkową, ale jakoś tak się dopasowaliśmy, że występujemy razem w  różnych miejscach w Polsce. Jestem z tej współpracy zadowolony, ponieważ koncertów jest coraz więcej i widzę, że ludziom się to podoba.

KG: Od kiedy mieszkasz w Garwolinie?
SB:
W tym miesiącu mija rok. Ale tak naprawdę jestem w ciągłych rozjazdach. Bardzo często bywam w Warszawie, Poznaniu, Kielcach, Krakowie. Ciągle na walizkach.

KG: Co było powodem zamieszkania właśnie w Garwolinie?
SB:
Dostałem propozycję współpracy od dyrektora  garwolińskiej szkoły muzycznej, Radosława Mitury, przyjąłem ją i jestem (śmiech). Dokładnie zajmuję się emisją głosu. Są to zajęcia indywidualne dla wszystkich tych, którzy śpiewają bądź chcą śpiewać. Oprócz tego mam prywatne lekcje nauki gry na fortepianie.

KG: Czym dla ciebie jest śpiewanie solowe?
SB:
To jest coś niesamowitego i nie ma nic wspólnego ze śpiewem w chórze, bo wtedy artysta wychodzi na scenę i pokazuje swoją duszę. Mówi się, że artysta jest goły na scenie, to prawda. Ja mam dużo do powiedzenia, do przekazania innym, chciałbym ludziom przekazywać emocje, prawdziwe emocje.

KG: Śpiewasz tylko po włosku?
SB:
Śpiewam po włosku, angielsku, hiszpańsku i po polsku. Koncerty są bardzo urozmaicone.

REKLAMA:


KG: Kto jest Twoim idolem muzycznym?
SB:
Zawsze moim idolem był Frank Sinatra, lubię te klimaty – lata 50., 60. Ale teraz zdecydowanie Andrea Bocelli, bardzo go cenię między innymi za to, że śpiewa piosenki operowe rozrywkowo i robi to świetnie.

KG: Kiedy odkryłeś w sobie talent muzyczny?
SB:
Muzyka zawsze była obecna w moim życiu. Od dziecka grałem na różnych instrumentach – flet, gitara, w końcu pianino. Poza tym chciałem malować. Natomiast o śpiewie nigdy nie myślałem, wyszło to tak trochę przypadkowo. Miałem wtedy 19 lat - dosyć późno dla śpiewaka, ale nie za późno (śmiech). Pewnego dnia koleżanka zaproponowała mi spotkanie z jej profesorką śpiewu. Zgodziłem się, poszedłem, wykonałem kilka ćwiczeń. Pani profesor mnie posłuchała i powiedziała coś w rodzaju: szkoda talentu bo pan mógłby się uczyć śpiewać i zdawać do konserwatorium. Pamiętam, że podczas tego spotkania pojawiło się nagranie Pavarottiego z „Napoju miłosnego”. Wtedy ja się zakochałem w tym głosie (śmiech). I ta pani profesor przygotowała mnie do konserwatorium. Nie przyjęli mnie od razu, uznali, że jestem za młody, niedojrzały. Ale rok później się dostałem i od tego się zaczęło…

KG: Już wtedy byłeś zdecydowany na śpiew klasyczny?
SB:
Od momentu tego nagrania wiedziałem, że opera to moje życie. Potem trochę się obraziłem na operę, może bardziej na siebie bo miałem swoje problemy. To jest pewnego rodzaju ewolucja. Kiedyś uwielbiałem operę każdego rodzaju i wszystko co było związane z operą. A z czasem człowiek zmienia swoje upodobania.  Tak jest w moim przypadku.

KG: Czy już wiesz, że Polska to miejsce, w którym chciałbyś zostać na stałe?
SB:
W tym roku na pewno bo dużo się dzieje. Dostałem dużo propozycji już na początku roku, zobaczymy co będzie dalej. Właśnie wyszła moja płyta „Solo Amore” –  12 utworów z repertuaru, między innymi Franka Sinatry, Deana Martina, Andrea Bocellego. To moja pierwsza płyta i mam nadzieję nie ostatnia. Nabyć ją można bezpośrednio u mnie, piosenki są dostępne również w formie elektronicznej.

KG: Ile trwały przygotowania do płyty?
SB:
Cały rok. Ale nosiłem się z tym zamiarem już trzy lata. Brak czasu, brak kondycji. I w końcu zdecydowałem, że muszę to zrobić. Bo to nie jest tak, że idziesz i nagrywasz płytę, śpiewasz. Samo śpiewanie to jest tylko produkt po ciężkiej pracy. Dlatego równie ważne jest przygotowanie fizyczne. Mówi się, że życie śpiewaka operowego jest jak życie zakonnika. Coś w tym jest (śmiech).

KG: A te inne propozycje?
SB:
Nie chciałbym na razie zdradzać szczegółów, ale dostałem propozycję wyjazdu do Anglii.

KG: Co Ci się podoba w Polsce?
SB:
Lubię polską kuchnię. Jeśli chodzi o Polaków, uważam, że  pod wieloma względami są bardzo podobni do Włochów – na przykład są równie uparci. Jednak teraz, w tym momencie nie odnalazłbym się we Włoszech, mimo, że tam mam rodzinę, znajomych. Oczywiście, odwiedzam ich kilka razy w roku, ale tutaj, w Polsce czuję się naprawdę dobrze.

KG: Co przynosi Ci największą satysfakcję w tym co robisz?
SB:
Największą satysfakcję mam wtedy, kiedy widzę emocje ludzi podczas moich koncertów. Niesamowite uczucie… To jest taka energia, której nie da się opisać. Wtedy czuję, że dałem im coś od siebie zupełnie bezwarunkowo. I wtedy jestem zadowolony ze swojej pracy… Widzisz, jest ogromna różnica między poprawnym wykonaniem piosenki, a przekazem swoich emocji poprzez śpiew. Ja chcę poprzez mój śpiew dawać ludziom coś więcej.

KG: A uczenie innych?
SB:
Lubię pracować z ludźmi, którzy odnajdują pasję w śpiewaniu. Osobiście mam dużą pokorę do muzyki, sam ciągle się uczę, wiem ile czasu i energii temu poświęcam, dlatego swoją pracę traktuję bardzo poważnie i tego samego oczekuję od innych.

KG: Jak postrzegasz swój talent?
SB:
Miałem wielu profesorów śpiewu i od każdego wyniosłem coś dla siebie. Jeden z nich powiedział do mnie: „Sergio to, że ty masz niesamowity głos, to nie jest twoja zasługa. Twoją zasługą będzie odpowiednie używanie tego głosu”. Często w opiniach ludzi, którzy słuchali jak śpiewam pojawiały się określenia typu piękny głos. Miałem tego dość. Co to znaczy piękny głos? Wiele osób ma piękny głos…

KG: Czy dzisiaj, w tym momencie czujesz się spełniony?
SB:
Tak, jestem zadowolony. Nie oznacza to, że osiągnąłem już wszystko. Ale dużo się dzieje i mam nadzieję, że to dopiero początek.

KG: W takim razie życzę abyś na swojej drodze zawodowej spotykał ludzi, którzy przyczynią się do dalszych sukcesów, ludzi, którzy pomogą w realizacji wszystkich Twoich zamierzeń. Dziękuję za rozmowę.


Poniżej jeden z uworów artysty






Odwiedź nas na facebooku