Iwona Kurowska wrzesień 2019

Ciekawe tematy z Garwolina

W życiu trzeba mieć farta – rozmowa z muzykiem Krzysztofem Patockim

Dodano:
garwolin - W życiu trzeba mieć farta – rozmowa z muzykiem Krzysztofem Patockim

Perkusista, producent muzyczny, realizator dźwięku – właśnie w takiej kolejności chce żeby o nim mówiono. Na polskiej scenie muzycznej obecny od ponad 25 lat. Lista jest długa. Karierę muzyczną rozpoczął z zespołem Syndia, potem Human, Bracia, Energy, Rezerwat. Jako muzyk sesyjny współpracował między innymi z takimi wykonawcami jak Kowalska, Steczkowska, Rynkowski, Rodowicz, Kozidrak. Obecnie związany z Radiem Lublin. Mając do dyspozycji studio udało mu się zrobić naprawdę coś fajnego, choć

uważa, że tylko pożyczył sobie sytuację. Jest również producentem muzycznym. I to właśnie ten etap, jak przyznaje, satysfakcjonuje go najbardziej, bo wreszcie pracuje na swoje konto. I trzeba przyznać, że dobrze mu to wychodzi… Jak to się mówi wszystko gra!



Kurier Garwoliński: Zacznijmy od początku, czyli od Twoich pierwszych muzycznych kroków…
Krzysztof Patocki:
Moja przygoda zaczęła się dosyć wcześnie bo w wieku 6 lat. Wtedy mój o 10 lat starszy brat dostał od mamy gitarę akustyczną. Mnie to bardzo zaciekawiło, dlatego nagminnie ją rozstrajałem. Oczywiście brat strasznie mnie za to ganił. W końcu wpadłem na pomysł, że nauczę się stroić tę gitarę. Pamiętam do dziś, poszedłem na balkon i nauczyłem się dźwięku po dźwięku. Od tamtej pory brat już nie wiedział, że gram na jego gitarze (śmiech). Oczywiście w końcu gdzieś tam mnie przyłapał i był w ciężkim szoku. A jak usłyszał co grałem, oddał mi tę gitarę.

KG: Twój pierwszy zespół?
KP:
Pierwszy zespół miałem w trzeciej klasie podstawówki, grałem na gitarze basowej. I tak to się zaczęło. Doszło nawet do tego, że dyrektor Sławomir Adamiak, a chodziłem do Piątki, zostawiał mi klucze od szkoły, żebym w weekendy mógł sobie pograć. No i graliśmy. Niesamowita sprawa.

KG: Podobno to Maciek Gładysz namówił Cię na perkusję?
KP:
To prawda. Z Maćkiem spotkaliśmy się w szkole średniej na warsztatach samochodowych. Powiedział mi wtedy, że zakłada swój zespół. Oczywiście od razu chciałem dołączyć. Ale był jeden problem – gitarzysta już był, za to nie mieli perkusisty. Maciek namówił mnie do tego żebym spróbował. Pomyślałem – w sumie czemu nie. Pamiętam, że przez całe wakacje tłukłem na bębnach. Bębny to może za dużo powiedziane – grałem na neseserze ojca, na dętce miałem kawałek blachy, stopę i pałeczki gdzieś tam pożyczyłem, no i się tłukłem (śmiech). Później nie zastanawiałem się czy jestem gitarzystą, czy już perkusistą. W każdym razie często grywałem również na innych instrumentach, co bardzo mi się przydało w kolejnych etapach poszerzania działalności muzycznej. Potem zaczęliśmy grać w Domu Kultury. Dom Kultury to czasy komuny. Na przeglądy woziła nas czarna Wołga. Śmieszna historia, kiedy na jednym z przeglądów piosenki w Siedlcach zajęliśmy pierwsze miejsce. Dokładnie pamiętam nagrodę, którą dostaliśmy. W czasach, w których odtwarzać video był tylko w Domu Kultury, my dostaliśmy po czystej kasecie VHS. Szaleństwo (śmiech). Oczywiście czarna Wołga już nas nie przywiozła, musieliśmy wracać autobusem. Takie to były śmieszne czasy.

KG: W jakich okolicznościach wypłynąłeś na głębszą wodę?
KP:
Bardzo prozaicznych. Mój brat cioteczny grał  w zespole, jeździł po wiejskich zabawach. Ale muzycy  z Warszawy również do niego przyjeżdżali i grali te chałtury, ponieważ w tamtych  czasach brało się za to naprawdę dobre pieniądze. Jako nastolatek jeździłem z nimi, siedziałem w kącie, słuchałem bębniarza i przyglądałem się jak to wszystko wygląda. Któregoś dnia kolega perkusista zaniemógł.  Wtedy kumple dali mi zagrać, w sumie nie mieli wyjścia. Wtedy okazało się, że coś potrafię.

KG: Szybko wyjechałeś z Garwolina?
KP:
W wieku 19 lat zamieszkałem w Warszawie. Tam pojawił się zespół Syndia, współpraca z Jankiem Borysewiczem, potem zacząłem grać z Humanem. Pierwsza płyta okazała się wielkim sukcesem.

KG: Po takim sukcesie telefony same się rozdzwoniły?
KP:
Dokładnie tak. To było moje pięć minut, które wykorzystałem. Wszyscy usłyszeli tę płytę, słyszeli jak jest zagrana i to pozwoliło mi na dalsze ruchy. W życiu trzeba mieć farta.

KG: Czyli fart, a nie umiejętności?
KP:
Umiejętności to podstawa, ale ten fart, uwierz mi , jest bardzo ważny. Jest wielu muzyków, którzy naprawdę bardzo dobrze grają i nigdy nie wskoczyli gdzieś dalej.

KG: Rozmawiając z Maćkiem Gładyszem, na moje pytanie dotyczące tego jak bardzo musiał się starać żeby osiągnąć taki sukces, odpowiedział, że wcale się nie musiał starać. Mam nieodparte wrażenie, że u Ciebie było podobnie.
KP:
U mnie było dokładnie to samo (śmiech). To, co robiliśmy będąc jeszcze nastolatkami, szybko zaprocentowało. Zawsze dużo graliśmy. Godzinami improwizowaliśmy. Wyczuwaliśmy się. To nauczyło nas tego, że właściwie wystarczały mi dwie próby i pamiętałem, wiedziałem jak to dobrze zagrać. Nikt mi nie musiał tłumaczyć co mam robić. Ja to po prostu wiedziałem, wyćwiczyłem w sobie taką umiejętność.

KG: Ja nazwałabym tę umiejętność talentem. Przecież tego nauczyć się nie da…
KP:
Masz rację, można tak to nazwać.

KG: Współpracowałeś z wieloma muzykami. Który etap Twojej kariery zawodowej dał Ci najwięcej?
KP:
Nie mam wątpliwości, że był to etap gry w zespołach.  Byłem młody, ale naprawdę dużo się wtedy nauczyłem. Jednak po latach włączyło się myślenie perspektywiczne. Wszystko co robiłem było na zasadzie takiego trochę wypożyczania siebie. To nie idzie na twoje konto, zupełnie, bo muzycy zmienią się w zespole wielokrotnie, a ludzie będą pamiętać tylko głównego wokalistę, albo nazwę zespołu, a nie muzyków. To była utopia. Dlatego poszerzyłem swoją działalność muzyczną, szczerze już mnie kręgosłup bolał od jeżdżenia busem (śmiech). Oczywiście trochę za tym tęsknię i zamierzam jeszcze trochę pojeździć, ale na pewno nie tak intensywnie jak wcześniej. W każdym razie trafiłem do Lublina i na lekkim farcie udało mi się zrobić coś fajnego.

REKLAMA:


KG: No właśnie opowiedz trochę o tym co robisz w Lublinie i jak się tam znalazłeś?
KP:
Grałem wtedy z braćmi Cugowskimi. Oni dzierżawili  studio w Radiu Lublin. Jak to w życiu często bywa, nie wszystko potoczyło się tak, jak planowałem. Wtedy menedżer Budki Suflera, Tomek Zeliszewski, zaproponował mi, żebym popracował trochę w studiu jako realizator dźwięku. Zgodziłem się od razu i zacząłem działać. Na początku chodziłem tam głównie ćwiczyć realizację dźwięku, komuś coś nagrałem, podmiksowałem. Kiedy bracia Cugowscy przestali dzierżawić to studio, pojawiła się przestrzeń dla mnie. Pożyczyłem sobie tę sytuację i  zacząłem działać. Plany były takie żeby zrobić przetarg i to oddać. Wtedy podszedłem do jednej z redaktorek i przekonywałem do swojego pomysłu zrobienia tam sali koncertowej. Oczywiście musiałem przebrnąć przez całą tę papierologię, musiałem zrobić do tego projekt. To był rok 2013. Jak zrobiliśmy salę, ja miałem już kolejny pomysł. I tu znowu musiałem odwieść kilka osób od pomysłu dzierżawienia tej sali, bo wtedy my musielibyśmy się  prosić o jej udostępnienie. Chodziło o cykl koncertów w Radiu Lublin, transmisja, streaming, retransmisja itd. Musiałem wykonać kolejny projekt – w państwowym radiu nie przejdzie nic bez projektu. Dodatkowo moja szefowa miała obawy co do tego skąd pozyskać pieniądze na ten projekt. Ja byłem przekonany, że pieniądze same się znajdą – w końcu to radio, reklama. Tak też się stało, sponsorzy pojawili się sami.  Uruchomiłem również swoje kontakty muzyczne. I tak powstał pierwszy projekt pt.: Nie tylko rock and roll. W związku z tym, że jestem endorserem marki Yamaha, poszedłem dalej, do szefa Yamahy i zaproponowałem aby ściągać muzyków międzynarodowych.

KG: Na jednym projekcie się nie skończyło…
KP:
Kolejna inicjatywa to Joe Cocker projekt, który już jakiś czas temu sobie wymyśliłem. Projekt na 18 osób z  sekcją dętą, chórkiem, z wokalem Juana Carlosa. Zajmuje się tym Paulina Zeliszewska. Ona wie o co w tej pracy chodzi, więc świetnie mi się z nią współpracuje… Mam w planach jeszcze jeden projekt, ale nie będę o nim mówił, za wcześnie. Mogę za to powiedzieć o tym, co już udało mi się zrobić, mianowicie dzięki tym działaniom podnieśliśmy słuchalność Radia Lublin, mamy lepszą słuchalność, niż radiowa Trójka, która jest ogólnopolska. Oprócz tego robię swoje rzeczy.

KG: Masz na myśli pracę jako producent muzyczny?
KP:
I to jest właśnie to, co idzie na moje konto. To ja dzwonię do ludzi i zapraszam ich do współpracy. Teraz na przykład zrobiłem projekt z Kanadyjczykiem Anthonym Tullo. Zrobiłem mu całą piosenkę, w lipcu ruszyła promocja.

KG: Co to znaczy zrobić piosenkę?
KP:
Na to składa się szereg czynności. Nagranie instrumentów, zaaranżowanie instrumentów, wymyślenie jak ma to brzmieć i jaki ma mieć klimat. Dostałem wokale z Kanady, resztę zrobiłem sam; od realizacji poprzez aranżację, produkcję.

KG: Nie tylko artystycznie, ale również marketingowo to wszystko Ci zagrało.
KP:
Co mogę powiedzieć. Głowa pęka czasami. Machina ruszyła, co mnie niezmiernie cieszy. W związku z tym na nadmiar wolnego czasu nie narzekam (śmiech). Chociaż wspomagam się różnymi osobami bo sam nie dałbym rady. Dlatego kiedy mam już koncepcję, coraz częściej oddaję ją do realizacji komuś innemu.

KG: Perkusista, producent muzyczny, realizator dźwięku – w takiej kolejności chcesz  żeby o Tobie mówiono?
KP:
Tak, jak najbardziej. Zaczynałem od instrumentów, nadal jestem czynnym muzykiem. A realizacja dźwięku, producenctwo, aranżacje, wynikły z większej świadomości, z poszerzenia działalności muzycznej.

KG: Co Ci sprawia największą frajdę w tym, co robisz?
KP:
Wymyślanie. To jest niesamowita rzecz, kiedy możesz podziałać wyobraźnią i możesz to przełożyć. Żeby coś zrobić, muszę wymyślić to od początku do końca. Szukam barwy, szukam brzmienia, podziału rytmicznego, tempa itd. Oczywiście, w trakcie realizacji może to wszystko ewoluować, pierwsza koncepcja może okazać się niesłuszna, ale nie może jej nie być. Wyobraźnia to jest coś niesamowitego.

KG: Co Cię inspiruje?
KP:
Jeśli chodzi o muzykę, nie staram się na nikim wzorować. Słucham muzyki, ale analizuję ją w inny sposób. Słucham na przykład piosenki heavy metalowej i coś mnie w niej zainspiruje, co nie oznacza, że ja zrobię taką piosenkę, nie –  ja wyciągnę z niej to, co mi się podoba, ale w  rezultacie jest to zupełnie inna piosenka.

KG: Czyli nie ma konkretnego artysty?
KP:
Powiedzmy, ze mam zauroczenia. Taki okres, że coś jest ekstra i teraz tylko tego słucham, minął mi jakiś czas temu. Kiedyś były to takie zespoły jak Led Zeppelin, Black Sabbath, Pink Floyd.

KG: Gdybyś mógł zwizualizować swoje marzenia, to…?
KP:
Chcę nadal działać, robić to, co robię. Oby tylko zdrowie było. Tworzenie sprawia mi niesamowitą frajdę, po tylu latach, kiedy zaczynam tworzyć, wymyślać, tracę poczucie czasu, zakrzywia mi się czasoprzestrzeń (śmiech). Ale to dobrze, to znaczy, że dysk się nie zamula. To znaczy, że mam jeszcze pokłady wyobraźni, które, mam nadzieję jeszcze przez dłuższą chwilę będę wykorzystywał.


Odwiedź nas na facebooku

Waszym zdaniem

Redakcja serwisu "Kurier Garwoliński" nie odpowiada za żadne działania Czytelników niezgodne z prawem lub regulaminem, w szczególności za treści zamieszczone w formie komentarzy. Jednocześnie w razie konieczności zastrzega sobie prawo do ich usunięcia, jeśli uznane zostaną za niezgodne z prawem lub regulaminem, a także w sytuacji, gdy uzna to za stosowne.