Ciekawe tematy z Garwolina

Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby zrobić dwa kroki do przodu - rozmowa z Konradem Jałochą

Dodano:
garwolin -  Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby zrobić dwa kroki do przodu - rozmowa z Konradem Jałochą

Konrad Jałocha, 27-letni bramkarz pochodzący z Puznówki. Tam zaczynał, ale szybko awansował i znalazł się w warszawskiej młodzieżówce. Ma na koncie mecze ekstraklasy w Legii Warszawa, potem pierwsza liga z Arką Gdynia. Obecnie reprezentuje barwy GKS Tychy i marzy mu się kontrakt zagraniczny, ale żeby to osiągnąć najpierw musi wrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej, i aktualnie to jest jego cel numer jeden. Na pytanie o piłkę nożną odpowiada, że to nieprzewidywalny sport i patrząc na przebieg

 jego kariery zawodowej rzeczywiście tak jest. Co do jednego nie mam wątpliwości: zrobi wszystko żeby urzeczywistnić swoje marzenia.



KG: Moje pierwsze pytanie dotyczy oczywiście Twoich początków…
KJ:
Początki mojej przygody z piłką zaczęły się już w szkole podstawowej, na lekcjach w-f, razem z bratem bliźniakiem uwielbialiśmy grać w piłkę nożną, ale zawsze graliśmy przeciwko sobie, chodziło o ten element rywalizacji, który pokazywał kto danego dnia okaże się lepszy. Muszę przyznać, że często to ja przegrywałem i strasznie mnie to denerwowało (śmiech). Po lekcjach graliśmy na podwórku u babci. Jednym słowem piłka była z nami wszędzie. Mam wrażenie, że właśnie przez te nasze podwórkowe zmagania zacząłem wyrabiać w sobie cechy, które są niezbędne do gry w piłkę. Na pewno mocno przeżywałem porażki, zawsze chciałem wygrywać.

KG: Czy w tej kwestii coś się zmieniło?
KJ:
Zawsze chciałem, chcę i będę chciał wygrywać czy to na boisku, czy poza nim.

KG: Czy pamiętasz taki moment, w którym poczułeś, że piłka nożna to coś więcej niż zabawa?
KJ:
Pamiętam, kiedy na urodziny dostałem od mamy pierwsze rękawice. Wtedy już wiedziałem, że chcę być bramkarzem, ale jeszcze nie myślałem, że będę się tym zajmował zawodowo.
 
KG:  Pochodzisz z Puznówki, tam też znajdował się twój pierwszy klub?
KJ:
Tak, zaczynałem od klubu sportowego Puznówka 96. Dobrze wspominam ten czas, ponieważ mieliśmy zgraną grupę, dobrze się rozumieliśmy, to była fajna zabawa. Po roku klub postanowił zgłosić nas do ligi i wystartowaliśmy w rozgrywkach. Mecze z drużynami z Warszawy były dla nas ogromnym przeżyciem. Po pół roku spędzonym w Puznówce przyszedł czas na zmianę, chcieliśmy się rozwijać, dlatego wspólnie z rodzicami zdecydowaliśmy, że przejdziemy do klubu Mazowsze Miętne. Dla nas w tamtym czasie to był duży krok w przód, ponieważ trenowaliśmy ze starszym rocznikiem. Na początku grałem mało, dlatego pojawiły się wątpliwości czy oby dobrze zrobiłem, ale z miesiąca na miesiąc było coraz więcej gry, co w późniejszym czasie zaowocowało testami w szkółce Amica Wronki, na które zawiózł nas tata. Nie udało się, ale jak się okazuje, z dobrym dla mnie skutkiem, ponieważ za chwilę znalazłem się na testach w Legii Warszawa. To był maj 2007 roku, przez dwa tygodnie tata woził mnie na treningi, potem trzeba było czekać na telefon. Na początku lipca dostałem telefon z klubu, byłem w szoku bo zaczynałem już wątpić. Tak też zaczęła się moja przygoda w Warszawie: szkoła, internat, treningi, wszystko na najwyższym poziomie.



KG: Czy to, że pochodzisz z małej miejscowości budziło w Tobie dodatkowe obawy? 
KJ:
Na pewno na początku miałem duże obawy czy uda mi się zaaklimatyzować, ale szczerze przyznam, że szybko odnalazłem się w nowym środowisku i z tygodnia na tydzień było lepiej. Zresztą urodziłem się w Warszawie, więc było łatwiej (śmiech).

KG: Jak wspominasz swoje początki w Legii?
KJ:
Oczywiście przeskok był ogromny, trzeba było szybko nadrabiać zaległości i z każdego treningu wyciągnąć maksimum, żeby jak najszybciej dostać szanse gry, o którą na początku było bardzo ciężko. Długo musiałem czekać na pierwszy mecz, w końcu się doczekałem i wypadłem dosyć dobrze, ale dalej trzeba było dawać z siebie sto procent żeby tych meczów było coraz więcej. W końcu, po trzech latach treningów i gry w Akademii Legii Warszawa, znalazłem się w drugiej drużynie. Na początku grałem w sparingach, ponieważ w Legii była zasada, że trzeci bramkarz pierwszej drużyny broni w rozgrywkach drugiej drużyny, więc trzeba było cierpliwie czekać na swoją szansę. Tak też się stało, na koniec sezonu dostałem szansę, zagrałem pięć meczów i zdobyliśmy mistrzostwo młodej ekstraklasy. Pierwszy sukces w Legii, fajny moment, który sprawił, że coraz mocniej zaczynałem wierzyć, że piłka może być sposobem na życie. Ciężka praca plus pierwsze kontrakty dawały nadzieje, że może być dobrze...


KG: Co jeszcze uznajesz za swój sukces?
KJ:
Dwa sezony z rzędu w młodej ekstraklasie: sezon 2010/2011 mistrzostwo i sezon 2011/2012 wicemistrzostwo młodej ekstraklasy, pierwszy obóz z pierwszą drużyną, dodatkowo wylot na zgrupowanie w Turcji, te momenty dawały nadzieję na wielką piłkę. Po obozie wróciłem do drużyny młodej ekstraklasy i tam spędziłem kolejne pół roku. Następnie zostałem włączony do kadry pierwszej drużyny i zgłoszony do rozgrywek, jednak tylko trenowałem z pierwszym składem, de facto nadal grałem w rezerwach. Zagrałem piętnaście meczów z rożnym skutkiem, ale mimo wszystko udało się zwrócić na siebie uwagę, co doprowadziło do podpisania umowy z menadżerem, który z kolei załatwił mi pierwsze wypożyczenie do drugiej ligi Chojniczanka Chojnice. Tam stawiałem pierwsze kroki w seniorskiej piłce, udało mi się też wywalczyć awans do pierwszej ligi. Nabierałem doświadczenia w pierwszej lidze, zostałem w Chojnicach na kolejne pół roku.

REKLAMA:


KG: Kolejne wyzwanie zaprocentowało?
KJ:
Jak najbardziej, po roku spędzonym w Chojnicach wróciłem do Legii i wywalczyłem sobie pozycję numer dwa, co mocno zbliżyło mnie do składu. Na początku siedziałem na ławce, ale doświadczenie, które zdobyłem podczas wypożyczenia pomogło mi wierzyć, że ten debiut jest możliwy. Ciężka praca zaprocentowała w końcu tym najważniejszym dniem, na który długo czekałem. W maju 2014 roku zagrałem pierwszy oficjalny mecz w pierwszej drużynie Legii. Dobry mecz 11 kolejki według Canal+, niesamowity dzień, który zapamiętam do końca życia. Zatem zagrałem pierwszy mecz, zdobyłem mistrzostwo Polski i to jest jak dotychczas mój największy sukces. Kolejny sezon 2014/2015, przyniósł tylko cztery mecze w sezonie, ale może cieszyć to, że w żadnym ligowym meczu w Legii nie puściłem bramki.


KG: Potem kolejny klub, Arka Gdynia…
KJ:
Mimo, że jeździłem na mecze ligi Europy, nie mogłem sobie pozwolić na siedzenie na ławce. Chciałem grać, dlatego przyszedł kolejny moment, kolejny etap, tyle że teraz trzeba było dać krok w tył. Zostałem wypożyczony do Arki Gdynia, gdzie zagrałem cały sezon, wywalczyłem awans do ekstraklasy i to jest drugi większy sukces... Zagrałem kolejny sezon w ekstraklasie, zresztą całkiem niezły. Niestety pod koniec tego sezonu doznałem niegroźnego urazu, który, jak się później okazało wykluczył mnie z dalszej gry w Arce. Ominął mnie finał pucharu Polski, do końca zostało pięć meczów, niestety byłem już tylko rezerwowym…

KG: Krok w tył nie spowodował, że zacząłeś wątpić w siebie?
KJ:
W głowie pojawiły się różne myśli, ale czasem w życiu tak jest, że trzeba zrobić krok w tył, żeby później móc zrobić dwa w przód. Chodziło przede wszystkim o to, żeby regularnie grać, a gdyby nie te wypożyczenia pewnie ciężko byłoby mi funkcjonować w piłce. Wiedziałem, że robię to dla swojego dobra i z perspektywy czasu uważam, że to była dobra decyzja.


KG: Jak znalazłeś się w GKS Tychy?
KJ:
Szczerze mówiąc myślałem ze już zostanę w Gdyni. Jednak piłka jest nieprzewidywalna i z konieczności, w połowie 2017 roku, musiałem wrócić do Warszawy. Szukałem innych opcji pojawiały się nawet zainteresowania zagraniczne i szczerze to jedną nogą byłem już zagranicą, ale taka jest piłka i czasem detale decydują o tym czy się uda, czy też nie. Zostałem, przez pół roku trenowałem z pierwszą drużyną Legii, po czym w styczniu 2018 roku wypożyczyła mnie drużyna GKS Tychy, z którą zagrałem bardzo dobrą rundę. W piętnastu meczach zachowałem osiem czystych kont i straciłem dziesięć bramek. Super wynik, który z kolei zaowocował podpisaniem nowej umowy z GKS Tychy. Na dzień dzisiejszy rozegrałem już dwadzieścia dwa mecze z rzędu i jestem zadowolony. Naszym celem jest awans do ekstraklasy, trudne zadanie, ale jak najbardziej realne.

KG: Co, Twoim zdaniem powoduje, że urzeczywistniamy swoje marzenia?
KJ:
Uważam, że ciężka praca, wiele wyrzeczeń, systematyczność i wiara w osiągniecie określonego celu, pozwalają nam osiągnąć to, o czym marzymy. Tak było w moim przypadku. Przede wszystkim trzeba mieć cel, do którego należy dążyć mimo, że czasem wydaje się on bardzo odległy. Ja po testach w Legii obiecałem tacie, że zagram w pierwszej drużynie i że zobaczy jak wybiegam na stadion. Słowa dotrzymałem (śmiech).


KG: Jak traktujesz porażki?
KJ:
Moje motto życiowe to:  „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Każdą porażkę da się przemienić w sukces, każda porażka boli, ale daje kopa do jeszcze cięższej pracy. Najważniejsze żeby się nigdy nie poddać, a to jest bardzo trudne.

KG: Twoja ulubiona drużyna?
KJ:
Jeśli chodzi o Polskę, to  oczywiście Legia Warszawa, a z drużyn zagranicznych Manchester United.

KG: Marzysz o karierze zagranicznej?
KJ:
Chciałbym wrócić do ekstraklasy, najlepiej w klubie, w którym jestem; awansować i zagrać jak najwięcej meczów na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Na razie mam ich tylko trzydzieści dwa, więc chciałbym mocno poprawić ten wynik. Ale rzeczywiście muszę przyznać, że w głębi duszy marzy mi się gra w jakimś zagranicznym klubie. Czas ucieka, mam już 27 lat, więc trzeba się spieszyć i dać z siebie wszystko.




Odwiedź nas na facebooku