"Bomby zapalające zamieniły miasteczko w płonącą pochodnię". Wspomnienia ppłk Jerzego Feliksa Szymańskiego o Garwolinie

Opublikowano:
Autor:

"Bomby zapalające zamieniły miasteczko w płonącą pochodnię". Wspomnienia ppłk Jerzego Feliksa Szymańskiego o Garwolinie - Zdjęcie główne
Autor: NAC/zdjęcie poglądowe

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Z GarwolinaJerzy Feliks Szymański był oficerem Wojska Polskiego II Rzeczpospolitej. W okresie II Wojny Światowej służył jako cichociemny w Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i Armii Krajowej. W jego autobiograficznej książce pt. "Losy skoczka" odnajdujemy fragmenty dotyczące walk, jakich był uczestnikiem w czasie kampanii wrześniowej w Garwolinie.
reklama

FRAGMENTY WSPOMNIEŃ PPŁK JERZEGO FELIKSA SZYMAŃSKIEGO     

     - Garwolin osiągnęliśmy 6 września. Znajdowało się już tam CWK. W koszarach 1 Pułku Strzelców Konnych płk Komorowski organizował z 2 rzutu Mazowieckiej Brygady Kawalerii i wyewakuowanego kawaleryjskiego Grudziądza brygadę czy raczej grupę, która miała dołączyć do zmotoryzowanej Warszawskiej Brygady operującej w brzuchu Wisły, gdzie już zaczęły się przeprawiać czołowe elementy niemieckie. Następnego dnia, około godziny 10 nastąpił nalot na Garwolin i koszary odległe od miasta o półtora km. Bomby zapalające zamieniły w ciągu paru minut drewnianą część miasteczka w płonącą pochodnię. Nasza grupka kwaterowała w połowie drogi, między koszarami a miasteczkiem. Poderwałem paru kolegów i pobiegliśmy ratować ludzi z płonących zabudowań. Dobywały się stamtąd rozpaczliwe wrzaski piekących się, przeważnie, Żydów. Nasza pomoc na niewiele się zdała.

reklama

Gdy po jakiejś godzinie ruszyłem do środka miasta (Garwolina – przyp. red.), znalazłem tam kolumnę samochodową Wojskowego Instytutu Geograficznego, pobierającą benzynę ze stacji na środku rynku. Oficerowie zaś pożywiali się opodal w karczmie, obojętni na piekło dogasające o paręset metrów od ich postoju. Natknąłem się tam na ppłk. Gąsiewicza, który instruował nas w Grudziądzu w kartografii, a obecnie był zastępcą szefa Instytutu. Poinformowałem go o wojsku płk. Komorowskiego, które m.in. było całkowicie pozbawione map. Ruszył tam ze mną łazikiem. Kiedyśmy mijali pogorzelisko, dobywały się z niego jeszcze jęki ludzkie. W koszarach płk Komorowski ucieszył się z wizyty Gąsiewicza niezmiernie, bo otrzymał pierwsze mapy operacyjne i taktyczne (trzechsetki i setki). W pokoju był obecny mjr Budkowski, mój były dowódca plutonu i rocznika w szkole oficerskiej, który z kolei ucieszył się z mojego widoku i natychmiast poprosił płk. Komorowskiego, by przydzielił mnie jako adiutanta 1 Pułku Strzelców Konnych, którego właśnie został dowódcą. Tuż przed wybuchem wojny poczet dowódcy awansowano do roli sztabu pułku, a adiutanta do roli szefa sztabu, nie poczułem się więc zdegradowany, choć wolałbym dowodzić szwadronem. Objąłem tę funkcję natychmiast, wyszukując paru młodszych i inteligentniejszych podoficerów i paru cenzusowców.

reklama

Ruszyli niemrawo w kierunku Kocka, by jak najszybciej połączyć się ze zmotoryzowaną Warszawską Brygadą

Stan uzbrojenia i zaopatrzenia pułku był rozpaczliwy. Mniej niż połowa etatowej broni maszynowej, całkowity brak działek i kb przeciwpancernych, a nawet łopatek i kuchni polowych. Oglądając to wszystko, przewijały mi się w mózgu słowa tragicznej piosenki ze stycznia 1863 roku: "obok orła znak Pogoni, poszli nas w bój bez broni", i to po tylu ofiarach, które cały naród przez 20 lat składał na armię. Major Budkowski niewiele wiedział o sytuacji w rejonie, w którym mieliśmy rozpocząć działania, możliwie zaraz, tak, jak i dowódca brygady płk Komorowski. Poinformował mnie tylko, że na południe od Warszawy Niemcy przeprawiają się już przez Wisłę, a z północnego wschodu oddziały niemieckie przekroczyły Narew. Tak więc zdaliśmy sobie sprawę, że po tygodniu walki jesteśmy całkowicie pobici i bez możliwości przeciwdziałania. 

reklama

Teraz chodzi tylko, by utrzymać na południowym wschodzie jakiś przyczółek, do czasu aż ofensywa zachodnich sojuszników zmusi siły niemieckie do odejścia na front zachodni. Następnego dnia pod wieczór, przeżywszy jeszcze dwa słabe naloty, ruszyliśmy niemrawo w kierunku Kocka, by jak najszybciej połączyć się ze zmotoryzowaną Warszawską Brygadą, dowodzoną przez płk. dypl. Stefana Roweckiego, która usiłowała utrudniać nieprzyjacielowi przeprawy na środkowym odcinku brzucha Wisły. Tymczasem w całym tym rejonie, od Siedlec do Lublina, zapanował na drogach fantastyczny chaos i to także na drogach polnych, opóźniający, a nawet uniemożliwiający ruch oddziałów wojskowych. 6 września wieczorem opuścili Warszawę: Naczelny Wódz ze sztabem, prezydent i rząd. Bezpośrednio po tym minister Umiastowski histerycznie zaapelował do ludności przez radio, by wszyscy zdolni do służby wojskowej opuścili miasto i udali się na południowy wschód (...).

reklama

*Cichociemni to elitarni żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, szkoleni w Wielkiej Brytanii do zadań specjalnych (dywersja, wywiad, sabotaż) i przerzucani drogą lotniczą do okupowanej Polski, by wzmocnić Armię Krajową i przygotować się do Powstania Warszawskiego. Byli to specjaliści od najtrudniejszych operacji, takich jak akcje sabotażowe, wywiadowcze i uwolnienia więźniów, a ich służba była symbolem niezłomności Polskiego Państwa Podziemnego.  

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo