Niepokoje wojenne pamiętam od 1938 roku. Przypominam sobie pogodny dzień wrześniowy, kiedy pocztową bryczką jechałam do Żuchowicz z odległego o 10 km Mira, dokąd oddali mnie rodzice dla dopełnienia mojej edukacji w szkole powszechnej.
Cudnie wyglądał w jesiennym słońcu oddalający się Mir. Strzelała w niebo biała wieża kościoła, opodal pyszniły się baszty zrujnowanego zamku książąt Mirskich. Czerwone dachówki budynku rzeźni kontrastowały z bielą tynków, drzewa przybierały już gamę kolorów jesiennych. Na piękno przyrody byłam czuła od dziecka. Ale właśnie w ów dzień wrześniowy, pogodny i jesienny jechałam z sercem przepełnionym trwogą. Do dziś czuję ten ciężar, który wtedy przygniatał serce jedenastoletniego dziecka (nastroje związane z Zaolziem).
Wojna miała być błyskawiczna, zwycięska i pełna chwały
Było mi niewymiernie smutno, że tę ciszę i spokój może przerwać coś brutalnego, coś, co zniszczy i wysmukłą dzwonnicę i kolorowe domki i zieleń drzew. A do smutku dołączał się strach. Okropnie bałam się czegoś, co mi się wydawało być nieuniknionym, a co nosiło nazwę "wojna"...
Nierzadkie musiały być w owym czasie rozmowy o wojnie, które potrafiły już zasiać taką trwogę w sercu dziecka. Myślę, że wielki wpływ musiały mieć pesymistyczne przewidywania mamusi. Bo tatuś był zawsze dobrej myśli. Według niego wojna miała być błyskawiczna, zwycięska i pełna chwały. Był przekonany o sile naszego oręża. Entuzjazmował się kawalerią, ochoczo jeździł na poświęcenia karabinów ufundowanych przez społeczeństwo. Rozmiłowany był w Piłsudskim i w "Strzelcach" i występował w charakterze prezesa tejże organizacji. Był gotów nie oddać ani guzika. Mamusię irytowała lekkomyślność ojca. Zresztą wolała być zawsze przygotowana na najgorsze. Tym "najgorszym" w moim ówczesnym pojęciu byli bolszewicy.
Czytywałam mnóstwo książek o obronie Lwowa, słuchałam wieczorem piosenek śpiewanych przez mamusię przy dogasającym kominie o Jasieńsku, którego "pewnie zabili ruscy wojownicy i pochowali go na ruskiej granicy".
Dziewczyny długo a tęsknie zawodziły
Wielce niepokojące były również rozmowy mamusi z furmanem Korzonem. Korzon był wówczas naszym bożyszczem. Powoził gminnym koniem, a czasami pozwolił nam przejechać się na oklep wokół podwórka. Ale Korzon poza tym miał jakieś tajemne sprawy. Mamusia miała dar wysłuchiwania cudzych zwierzeń i nie było takiego wieczoru, żeby ktoś nie był u niej ze swoimi troskami. Miała w sobie coś, co kazało największemu zbrodniarzowi przyznać się przed nią do winy. Wszystkich wysłuchiwała cierpliwie i każdemu starała się przyjść z pomocą. I właśnie Korzon odkrywał przed mamusią swoje dziwne dzieje, z których uszy dzieci zdołały podchwycić jakieś wątłe strzępy. Było tam coś o przejściach przez granicę, o sposobach porozumiewania się tajemniczym szyfrem i o przenoszeniu czegoś. Ale chyba nie były to sprawy czyste, skoro bolszewicy po zajęciu Żuchowicz 17 września 1939 r. odszukali natychmiast furmana Korzona i na oczach całej wsi rozstrzelali jako zdrajcę.
No i był Winniczuk, rozrośnięte, z czerwoną twarzą chłopisko, które zalecając się do służącej Kasi, przechwalało się swoją siłą i wytrzymałością na bicie w pięty, czego mu nie raz za jakieś tajemnicze konszachty policja nie szczędziła.
Do miłych chwil należały letnie wieczory, kiedy dziewczyny zbierały się na ławeczkach przed chałupami i długo a tęsknie zawodziły: "...Lublu ja kraj, staronku etu, gdzie ja radziła sia, rosła, gdzie pierwyj raz poznała szczastie, ślazu niedoli praliła. Lublu narod swój biełaruskij..." W stajni, przy koniach stróż Fiodor opowiadał, jak w którejś tam wsi na powitanie starosty urządzono bramę przystrojoną snopkami pszenicy ze skrzyżowanym młotem i sierpem i ilu chłopów poszło za to do ciurmy. Komendant posterunku Przeździecki ciskał się po całej wsi, tępił niemiłosiernie "czerwonych", nie żałował pałek w pięty, a nierzadko i własną dłonią w pysk strzelił. Ale naród był twardy. Zacinał się na "pańskie rządy" i z utęsknieniem czekał na "swoich". Ci "swoi" mieli rozprawić się z Polakami.
W domu panowało wielkie zdenerwowanie
Nic też dziwnego, że wyrosłemu w takiej atmosferze dziecku, w ciągłej obawie przed "czerwonymi" i przejętym proroctwami mamusi "nie zachodu, ale wschodu się bójcie" pojęcie wojny kojarzyło się z Rosją, a symbolem okrucieństwa był bolszewik w baraniej czapie i z bagnetem osadzonym na karabinie w ręku.
Wizja bolszewika prześladowała mnie często. Widziałam pochyloną sylwetkę w długim szynelu z bagnetem do przodu, jak w czasie ataku. Twarz dzika, zarośnięta, oczy skośne i mściwe. Tak się czułam jako dziecko polskie mieszkające na białoruskiej wsi w powiecie sąsiadującym z ZSRR.
W czasie konfliktu z Zaolziem przywieziono mnie z Mira, gdzie uczęszczałam do szkoły, do domu.
W domu panowało wielkie zdenerwowanie. Tatuś siedział z głową przy odbiorniku radiowym, a radio wysyłało jedną melodię żołnierską po drugiej, niby że u nas jest taki duch bojowy. Nie rozumiałam z tego nic, ale widok pobladłej twarzy mamusi mówił o powadze chwili. Klęczałam w sypialni przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i serdecznie i długo modliłam się. Matka Boska wysłuchała moją modlitwę i wkrótce radio przyniosło radosną wieść o przyłączeniu Zaolzia do Macierzy. Po chwilach wielkich uniesień wróciłam Juszki koniem do Mira.
Przyszedł tatuś z jakimś pismem w ręku
W czasie wiosny 1939 r. wróciły do nas nastroje wojenne.
MOBILIZACJA Obce dla mnie słowo ziało czymś groźnym i niezrozumiałym. Chodziłyśmy w czasie przerw po obszernym korytarzu mirskiej szkoły i wziąwszy się pod ręce, nie śpiewałyśmy już "dumna Zośka o swym Jaśku, czy on jeszcze żyje, ale z podziwem i zazdrością spoglądałyśmy na Halinkę Srokoszównę.
A Halinka było uosobieniem smutku i boleści. Pulchne, rumiane dziewczę o złotych, bujnych warkoczach stało się dla nas symbolem poświęceń za Ojczyznę. Jej uwielbiany ojciec, nauczyciel w randze porucznika był zmobilizowany!
Pan Srokosz był przystojnym i wesołym mężczyzną rozpieszczanym przez kobiety. Od własnej żony i córki zaczynając, a na wszystkich okolicznych nauczycielkach kończąc. Pobyt jego w wojsku był niezaprzeczalnym znakiem, że coś złego się dzieje. Trwożliwie szeptałyśmy sobie na ucho przeróżne niedorzeczne historyjki o wiszącej nad nami wojnie.
Przypominam sobie jeszcze taki moment, wydaje mi się, że z lipca 1939 r. Byłyśmy z mamusią zajęte w ogródku, kiedy przyszedł tatuś z jakimś pismem w ręku. To, co mówił, nie było przeznaczone dla moich uszu, ale od czegóż dziecięcy spryt, gdy chodzi o sprawy, które chcą przed nami ukryć dorośli. Było to pismo poufne zalecające robienie żywnościowych zapasów na wypadek wojny.
To było jakoby korzyścią dla obojga stron
W sierpniu odwiedzili moich rodziców serdeczni ich przyjaciele pułkownikostwo Niedźwieccy. Pułkownik Niedźwiecki miał "swój pułk" w Brześciu, a pani Halina, jego żona, zajmowała się prowadzeniem wydzierżawionego majątku w Hajkowcach na Polesiu. Pani Halina była oryginalnym typem kobiety. Jako najstarsza córka właściciela majątku Niedźwiadka, pułkownika Obuch-Woszczatyńskiego, od dziecka zżyła się z końmi. Wysoka, dobrze zbudowana, była doskonałą amazonką, poza tym malowała, a nade wszystko interesowała się stadem swoich dorodnych krów. W swojej młodości towarzyszyła jakiejś księżnej w podróży do Włoch, skąd przywiozła mnóstwo szkiców, a po znajomości ze znanym polskim śpiewakiem, nadzieję ukrytą pod sercem. Księżna pani dla uniknięcia skandalu wydała szybko swoją damę do towarzystwa w osobie panny Obuch-Woszczatyńskiej za pułkownika Kazimierza Niedźwieckiego, co jakoby było korzyścią dla obojga stron.
Owocem zakazanej miłości była moja najserdeczniejsza przyjaciółka, bladolica Krysia. Krysia była dzieckiem nad wyraz wrażliwym, poetycznym, o bogatej wyobraźni i zacięciu artystycznym.
Młodsza siostra stała się córką "trzech Kazimierzy"
Rodzice jej nie życzyli sobie oddać swoją jedynaczkę do miejskiej szkółki w Hajkowcach i Krysia kształciła się w domu pod kierunkiem matki. Osamotniona, oddalona od swoich rówieśników, tęskniła Krysia za towarzystwem dzieci, w wyniku czego państwo pułkownikostwo, po wielu pertraktacjach z moimi rodzicami, że mogą im bez obaw powierzyć swoją pociechę (to znaczy mnie) doprowadzili sprawę do finiszu: ostatnie dwa tygodnie wakacji miałam spędzić w towarzystwie Krysi w Hajkowcach.
Pan Kazimierz Niedźwiecki, jeden z "trójki Kazimierzów" (on, mój Ojciec oraz ksiądz Kazimierz Korwecki, rządzący duszami parafii Połoneczka, a później zamordowany przez Niemców w obozie Kołdyczewo), był mężczyzną o mocnej budowie ciała, tubalnym głosie i wyglądzie Sarmaty. Pokumany z moimi rodzicami, jako że wraz z panią Jodko-Narkiewiczową, właścicielką dóbr na Domarecczyźnie, podawał do chrztu moją młodszą siostrę Irenę. Właściwie zwrot "podawał" jest tu nie na miejscu, ponieważ pan Kazimierz Niedźwiecki obarczony sprawami pułku nie zdążył na moment chrztu i w jego imieniu córkę Kazimierza Beliny "podawał do chrztu" i jednocześnie ochrzcił, nietracący nigdy zimnej krwi, ksiądz Kazimierz Korwecki. I w taki to sposób moja młodsza siostra stała się córką "trzech Kazimierzy".
W ten upalny sierpień 1939 r. pan Niedźwiecki bawił z Krysią w swoim macierzystym majątku w Żuchowiczach, a więc w miejscowości, gdzie w owym czasie znajdowali się moi rodzice, ponieważ tatuś pełnił tam funkcję sekretarza gminy. Miał on zamiar w drugiej połowie sierpnia przetransportować obie dziewczyny, tzn. Krysię i mnie, do Hajkowców. Pech chciał, że wracając z moim ojcem na rowerach po deszczu z zakrapianej alkoholem wycieczki do Mira, upadł nieszczęśliwie, łamiąc sobie nogę. W ten sposób, zamiast opiekować się nami, stał się jeszcze jedną, bardzo kłopotliwą osobą, którą musiała wziąć pod swe skrzydła pani Halina (...).
Kolejna część wspomnień już w następnym numerze

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.