Wiadomości z Garwolina

Fenomen Księdza Jerzego

Dodano:
garwolin - Fenomen Księdza Jerzego

To jak pięknie wierni piszą o księdzu Jerzym świadczy o jego posłudze kapłańskiej. Dziś wspomnienia Magdaleny Dąbrowskiej.



Odważny gospodarz
Czego się można było spodziewać po drobnym księdzu, niewysokiego wzrostu, który w roku 2011 obejmował swoje pierwsze probostwo? Na pewno nie tego, iż w niewielkiej  parafii pod wezwaniem świętego Izydora w Marianowie zainicjuje takie zmiany, których mogłaby sobie życzyć niejedna, licząca wiele tysięcy dusz parafia.

Ksiądz Jerzy Przychodzeń opowiadał, że kiedy przyszedł do Marianowa 15 lipca była burza. A on ze swoim drewnianym różańcem, który miał przez wszystkie lata pobytu tutaj, obchodził teren świątyni i plebani rozmyślając, co należało by tu zrobić. Po jedenastu latach śmieliśmy się, że Pan Bóg grzmiał na niego z góry, aby brał się do konkretnej roboty.

I rzeczywiście tak było. Pierwsza pojawiła brama wejściowa. Solidna, kuta i elegancka.  Potem Ksiądz Jerzy pozyskał fundusze ministerialne na termomodernizację kościoła. To była poważna inwestycja dla tak niedużej parafii.  Należało wykonać nie tylko ocieplenie stropów, ale wiązało się to również z wymianą okien, poprawieniem izolacji drzwi i odnowieniem ich, poprawieniem orynnowania, a także otynkowaniem budynku kościoła. Parafia wzięła kredyt, który udało się, dzięki zaangażowaniu księdza, radnych i wszystkich parafian spłacić kilka lat przed terminem.


W międzyczasie ksiądz Jurek miał już nowy plan. Należało zagospodarować teren zieleni wokół kościoła i plebanii. Dość szybko powstał ogród. Jest on jeszcze młody, ale pielęgnowany regularnie przez księdza Jerzego i parafian z roku na rok zyskuje na uroku. Ksiądz Jerzy śmiał się, że podlanie roślin w ogrodzie zajmuje mu jeden cały różaniec.

Jedną z trudniejszych spraw, które pojawiły się przed księdzem Jurkiem było uporządkowanie spraw związanych z własnością ziemi. Okazało się, że kościół, wybudowany staraniem wiernych, stoi na prywatnym terenie i de facto nie jest własnością parafii. Rzecz była czasochłonna i wymagała wielu zabiegów. Nie znam szczegółów, ale ksiądz musiał brać bezpłatny urlop ze szkoły, aby uporać się z tą biurokracją, która zjadła mu nie tylko sporo czasu, ale i zdrowia. Parafia w Marianowie stała się właścicielem terenów kościelnych.

Wiele prac przy kościele zostało wykonanych w ramach ofiarnej pracy parafian. Uporządkowany został las parafialny. Ksiądz Jerzy co pewien czas zwoływał panów, a oni z piłami i siekierami pracowali w soboty w lesie.  Rodzice dzieci pierwszokomunijnych również mieli swoje zadania. Odnowiony i zabezpieczony został przez nich płot wokół kościoła i cmentarza, podobnie ławki w świątyni zostały odmalowane, pomalowano chór i nawy boczne. Zawsze wiedział, jakie zadania zlecić, aby wszystko było należycie zrobione przez odpowiednie osoby. Miał szczególny dar przyciągania ludzi do siebie. Nie ofiarowywał w zamian ani szczególnej życzliwości, ani niczego, za co mógłby kupić ludzką sympatię. Ludzie przychodzili: jedni chętniej, inni z poczucia obowiązku, jeszcze inni nie przychodzili. Szanował decyzje wszystkich. Nie wymuszał niczego. A prace szły do przodu.

W ciągu kolejnych lat powstała mu w głowie myśl o odnowieniu ołtarzy w kościele. Szybko zaczął ją wcielać w życie.  Rozpoczął od ołtarzy bocznych. Były tak zjedzone przez korniki, że praktycznie trzeba je było robić od nowa. W ostatnim roku swojej posługi wymienił ołtarz trydencki. Wszystkie ołtarze zostały pozłocone. Świątynia zyskała nowy blask. Chciał jeszcze odnowić ołtarz główny. Wiedział , że kryzys gospodarczy spowodowany przez pandemię i wojnę na Ukrainie może pokrzyżować plany, ale ufał, że przy pomocy Bożej i z ludzkim zaangażowaniu uda się. Nie udało się. Został przeniesiony na inną parafię.

Zapewne nie wymieniłam wszystkich prac, które zainicjował ksiądz Jerzy. Mam jednak nadzieję, że pokazałam, jak umiał gospodarzyć i ilu rzeczy dokonał w tak niedużej parafii w ciągu zaledwie 11 lat.

Przyjaciel dzieci
Ksiądz Jerzy nauczał w szkole podstawowej w Wilkowyi. Miał niekonwencjonalne metody nauczania. Nie był typowym nauczycielem, który stoi przy tablicy i dyktuje materiał. Małe dzieci, które przychodziły z innych szkół mogły się go nawet obawiać. Wydawał się groźny. Po kilku lekcjach wszystkie go uwielbiały. Religia była lubianym przedmiotem. Dzieciaki nie uczyły się ścisłych regułek, a ksiądz bardzo ciekawie opowiadał o Bogu. Na lekcjach śpiewały piosenki. Ksiądz Jerzy miał piękny głos i śpiewał w taki sposób, że pociągał wszystkich do wspólnego muzykowania. Dzieci miały u niego szóstki, ale to nie było najważniejsze. One chciały przychodzić do kościoła, chciały służyć do mszy, śpiewać w scholce. Wiele dzieci przychodziło ze swoimi rodzicami do prac przy kościele. Angażował dzieci w życie parafii. I to był jego sukces. Ksiądz też potrafił doceniać pracę dzieci. Nie ważne czy to była posługa w kościele jako psałterzysta, bielanka, czy ministrant, czy była to inna forma pracy. Nagradzał je, pokazywał, jak ważne jest to, co czynią dla Pana Boga.

Moja czteroletnia córeczka, Ania,  przepadała za księdzem Jurkiem. Kiedyś podeszła do niego sama i zapytała, czy może się wyspowiadać. Ksiądz Jerzy rozbawiony odpowiedział: „Jeszcze za mało nagrzeszyłaś. Musisz trochę urosnąć” .

Mojemu synowi, Jurkowi, zawsze powtarzał: „Jurek, masz najładniejsze imię na świecie”. A on się cieszył. Bardzo przeżył wiadomość o pobycie księdza w szpitalu, a potem o jego śmierci. Płakał przez kilka dni. Po pogrzebie wydrukował zdjęcie księdza Jerzego i kazał oprawić w ramkę. Teraz, codziennie bierze je wieczorem do wspólnej modlitwy i całuje z szacunkiem. Kilka dni temu, po tych bolesnych wydarzeniach,  powiedział: „Chyba zostanę księdzem”.

Dzieci wzrastały w poczuciu odpowiedzialności za siebie i kościół. Na spotkaniach z rodzicami przygotowującymi do pierwszej komunii świętej i bierzmowania powtarzał, że bezduszność współczesnego świata polega na tym, że próbuje się odebrać dzieci rodzicom i Bogu, ubezwłasnowolnić je. Przestrzegał przed genderowską mentalnością  mediów i lansowaniem jej  wśród nastolatków. Powtarzał, że to my, rodzice jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci. Żadna szkoła i żaden nauczyciel ich nie wychowa – to jest zadanie rodzica. Przestrzegał też przed tym , aby odpowiedzialnie podchodzić do sakramentów. Mówił: „Sakrament przyjęty z wiarą jest łaską. Sakrament przyjęty bez niej - jest przekleństwem” .

REKLAMA:


Architekt przyjaźni i znajomości
Wszystkie działania i  prace na rzecz parafii przynosiły jeden wspaniały owoc. Między ludźmi nawiązywała się szczególna więź.  Podczas tych spotkań połączonych z pracą ludzie poznawali siebie, nawiązywały się nowe znajomości i przyjaźnie. Znaliśmy nasze dzieci, wiedzieliśmy, kto jest kim z zawodu, gdzie pracuje, poznawaliśmy nasze problemy. Ksiądz Jerzy zawsze był gdzieś przy nas. Wiele żartowaliśmy, a on z nami. Przy takich pracach zawsze było gwarno i  wesoło. Nie zawsze było idealnie, ale Ksiądz Jurek umiał łagodzić konflikty i ucinać je w taki sposób, aby wilk był syty i owca cała.


Kiedy zapadła decyzja, że pogrzeb księdza Jerzego odbędzie się w Marianowie ktoś powiedział: „Ksiądz Jerzy 11 lat przygotowywał nas na swój pogrzeb”. A ktoś inny dodał: „Ksiądz Jurek znów nas skrzyknął”, kiedy przed uroczystościami pogrzebowymi trzeba było ogarnąć teren wokół kościoła i cmentarza. Wtedy zebrało się niemalże tyle osób, ile na pasterkę i w ciągu niedługiego czasu uprzątnięty został cały obszar. Każdy wiedział, co ma robić. Tego nauczył nas ksiądz Jurek.

Skromy człowiek i ksiądz
Z księdzem Jurkiem pracowałam przez półtora roku w szkole. Któregoś razu spóźniał się na lekcje, a ja wzięłam za niego klasę. Okazało się, że popsuł mu się jego stary samochód. Powiedziałam: „Księże, czas zainwestować w nowe auto, a nie ciągle dokładać do parafii” . Rzeczywiście, ksiądz Jerzy był skromnym człowiekiem. Pieniądze nie były dla niego ważne i często dawał temu wyraz. Ze swoich na parafię nie żałował. Od ludzi też nie brał. Kiedy szukaliśmy rozwiązania, aby pozyskać fundusze na wywóz śmieci z cmentarza, padła propozycja, aby pobierać na ten cel jakąś kwotę od rodziny zmarłego. Ksiądz kategorycznie zanegował pomysł, mówiąc, że na ludzkiej krzywdzie i bólu nie można żerować. Wielokrotnie sprawował mszę świętą i nie chciał żadnej ofiary. Sama tego doświadczałam i myślę, że wielu parafian również. Nigdy się nie wywyższał, ale znał wartość kapłaństwa.

Liturgista gorszy niż terrorysta
Ksiądz Jerzy był liturgistą. Zwykł powtarzać: „Liturgista gorszy jest niż terrorysta. Bo z terrorystą można negocjować, a z liturgistą nie”. Bardzo dbał o piękno liturgii. Każda msza święta i nabożeństwo miały piękny przebieg, ale szczególnie podniosłość wyczuwało się podczas pasterki, Triduum Paschalnego i odpustów. Dbał o to, aby nie tylko wystrój kościoła był dopieszczony (parafianie ubierali świątynię, ale ksiądz funduszy na ten cel nie żałował). Na każdy, najdrobniejszy detal zwracał uwagę: oświetlenie, świece, muzyka. No i oczywiście służba liturgiczna: wymusztrowana i chodząca jak w zegarku. I ludzie. Wiedział, że bez nich nie będzie tej atmosfery. Dlatego zawsze dziękował.
Pięknie wygląda w parafii św. Izydora w Marianowie procesja komunijna, prowadzona przez ministrantów ze świecami.  Ludzie przyjmują Komunię klęcząc. Nikt się nie śpieszy i nikomu się nie dłuży. Chyba nigdzie w parafiach nie ma tak uroczystej procesji komunijnej.

Z wielkim namaszczeniem błogosławił Najświętszym Sakramentem. Nigdy nie zapomnę , kiedy w okresie pandemii kościoły były pozamykane dla wiernych, a on z monstrancją stawał na schodach na zewnątrz świątyni i błogosławił całą parafię. W tych gestach nigdy nie było pośpiechu ani teatralnych gestów. Była czysta miłość Boga i troska o ludzi.

Parafianin z krwi i kości
Martynka, Krzysiek, Andrzej, Adaś …………to niezwykle bolesne historie rodzin naszej parafii. Dla zwykłego Czytelnika to nic nie znaczące imiona. Dla Księdza Jerzego konkretne osoby, dzieci, przyjaciele. Kiedy działo się jakieś zło i krzywda ksiądz stawał przy ołtarzu, wznosił biały opłatek i gorliwie modlił się za tych, którzy tego potrzebowali. Gromadził na takich mszach wielu ludzi. W ten sposób budował więzi między nimi. Sprawiał, ze zaczynaliśmy współistnieć jako jedność, jako parafia, a on stawał się częścią tej wspólnoty. Kiedy potrzebne były pieniądze na czyjąś rehabilitację, przekazywał tacę na ten cel, zorganizował festyn charytatywny na rzecz potrzebującego chłopca . Osobiście przeprowadził całą imprezę, a dodatkowo sam na niej śpiewał. Ludzie mawiali: „Ksiądz do tańca i do różańca” . Tak naprawdę nigdy do tańca nie dał się zaprosić, nawet naszej radnej, pani Eli,  odmawiał tego zaszczytu. Ale talentu muzycznego Pan Bóg mu nie szczędził.  Zresztą, nie tylko muzycznie był uzdolniony. Był świetnym piłkarzem. Grywał chętnie z dzieciakami w piłkę. To były mecze Ligi Mistrzów. Nikt się nie oszczędzał: ani ksiądz, ani dzieci, ani rodzice. Pamiętam, kiedy na jednym z pierwszych meczów w naszej szkole w Wilkowyi grał z rodzicami. Wyskoczył po piłkę tak wysoko, że jeden tata, wyższy od księdza o kilkadziesiąt centymetrów skończył na izbie przyjęć z kilkoma szwami na czole. Wszystko odbywało się w rodzinnej, ciepłej atmosferze.


Wiedziałam, że jako matka mogę zwierzyć się księdzu Jerzemu ze swoich trudności i problemów. Zresztą, znał wszystkie doskonale, bo nie unikał ludzi. Znał dzieci, znał nas. W trudnościach zawsze doradzał. I modlił się za nas. To się czuło.  W Wielki Czwartek tego roku zawiązał się w naszej parafii apostolat Margaretka. Ofiarowaliśmy Księdzu Jerzemu naszą nieustanną modlitwę. Apostolat po śmierci księdza nadal trwa, modlimy się teraz koronką za jego duszę.

To był taki zwyczajny człowiek, właściwie nie wyróżniający się pośród tłumu. I chyba ta jego zwyczajność sprawiła że stał się tak bliski, nam ludziom z parafii Marianów. Spoczywaj w pokoju, umiłowany Kapłanie!

Napisała Magdalena Dąbrowska

Odwiedź nas na facebooku

Waszym zdaniem

Redakcja serwisu "Kurier Garwoliński" nie odpowiada za żadne działania Czytelników niezgodne z prawem lub regulaminem, w szczególności za treści zamieszczone w formie komentarzy. Jednocześnie w razie konieczności zastrzega sobie prawo do ich usunięcia, jeśli uznane zostaną za niezgodne z prawem lub regulaminem, a także w sytuacji, gdy uzna to za stosowne.

Pamiętajmy (, #IP 3c0cd2fb2a) Odpowiedz

Dziękuję za te wspomnienia. Szczera prawda. Ks. Jerzy włączał się też do pomocy ludziom spoza parafii, których los nieszczęśliwie doświadczył. Pamiętam kwestę dla pogorzelców. Dla Niego zawsze ważne było jednoczenie ludzi poprzez wspólne działanie. I nie ocenianie, a rozumienie i wyjaśnianie. Empatia.