KurierGarwoliński.pl

Ciekawe tematy z Garwolina

Szczęście, przypadek czy jednak ciężka praca? – historia sukcesu Zbigniewa Leszka założyciela i twórcy firmy Lechpol

Dodano:
garwolin - Szczęście, przypadek czy jednak ciężka praca? – historia sukcesu Zbigniewa Leszka założyciela i twórcy firmy Lechpol

Lata 90. ubiegłego wieku – Zbigniew Leszek obecnie Prezes firmy Lechpol, a wtedy kierownik Ośrodka Sportowego Zespołu Szkół Rolniczych w Miętnem. Człowiek, który zaczynał w przydomowym garażu. Potem warszawska giełda Wolumen, kolejne siedziby, kolejni kontrahenci. Stawianie na ciągły rozwój, wiara w to, że ludzie są najważniejsi i konsekwencja w działaniu sprawiły, że marki firm Lechpol konkurują dziś ze światowymi gigantami w branży elektronicznej.

Obecnie Lechpol posiada kilkanaście brandów oferujących tysiące produktów doskonale znanych na rynku elektroniki. O historii firmy, przyjętej filozofii i strategii działania, opowiada założyciel i Prezes firmy Lechpol, Zbigniew Leszek.




Kurier Garwoliński: Pedagog w świecie elektroniki – tak brzmi tytuł jednego z wywiadów, którego Pan udzielił… Jak to się stało, że będąc pedagogiem podbił Pan rynek elektroniczny w Polsce?
Zbigniew Leszek: Firma istnieje od 1990 roku, czyli dwadzieścia siedem lat. Trochę się tego uzbierało (śmiech). To był przypadek. W ogóle uważam, że w naszym życiu bardzo często przypadek decyduje o tym co będziemy robili. Moja przeszłość była zawsze związana ze sportem. W latach1985-90 pełniłem funkcję kierownika Ośrodka Sportowego w Miętnem i nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedyś będę prowadził własną firmę. Zresztą, kiedy już stanąłem przed taką decyzją, bardzo długo się zastanawiałem. Nie ukrywam, że czynnik ekonomiczny wymusił na mnie zmianę aktywności zawodowej. Wówczas pracowałem za wynagrodzenie rzędu  trzydziestu do pięćdziesięciu dolarów na miesiąc i to było maksimum. Ale jeśli człowiek ma na utrzymaniu rodzinę, zaczyna się zastanawiać co mógłby jeszcze zrobić  żeby  zapewnić tej rodzinie godziwy byt. Stąd moje podróże po Europie, w różnych okolicznościach. Trzeba było pojechać coś kupić, coś sprzedać. I kiedy pojawiłem się pierwszy, drugi, dziesiąty raz na warszawskiej giełdzie Wolumen, szybko się zorientowałem, że pięćdziesiąt dolarów można zarobić, najpierw w ciągu tygodnia, a potem w ciągu jednego dnia.
 
KG: W takim razie nad czym się Pan zastanawiał?
ZL:
Spędziłem w tym zawodzie dziesięć lat. Cała moja młodość była związana ze sportem i działalnością w różnych organizacjach, trochę szkoda było to zostawić. Już wtedy miałem bardzo dobre relacje ze związkami sportowymi, w Miętnem działał jeden z Centralnych Internatów Sportowych podległych pod Ministerstwo Sportu oraz jedyny w województwie siedleckim basen, miałem bardzo dużo kontaktów z klubami z całego kraju, dodatkowo wiele różnych imprez – to był bardzo ciekawy i wciągający świat. A z drugiej strony wielka niewiadoma. Nie miałem żadnej gwarancji, że w branży, z którą nie miałem nic wspólnego, odnajdę się i będę mógł budować własną firmę. Czyli z jednej strony świat, który bardzo dobrze znam, satysfakcja z wykonywanej pracy, a z drugiej firma zakładana od zera, w garażu, który z czasem został przebudowany na piękny domek dla gości. Specyfika pracy we własnej firmie zdecydowanie różniła się od moich dotychczasowych obowiązków. We własnej firmie nie było  już całej tej otoczki;  był za to szary dzień,  praca po kilkanaście godzin na dobę, dużo wyjazdów. Weekendy zawsze miałem pracujące, więc w tej materii niewiele się zmieniło (śmiech).

Zbigniew Leszek

KG: Sam Pan rozkręcał ten biznes?
ZL:
Tak. Z chwilą, kiedy postanowiłem odejść ze szkoły, stałem się sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Jednoosobowa działalność gospodarcza szybko jednak przerodziła się w firmę zatrudniającą początkowo kilka, a w kolejnych latach kilkanaście osób. Już w pierwszym roku działalności zostali zatrudnieni pierwsi pracownicy, którzy  pracują w firmie do dziś. Powiem więcej - ani jeden z pracowników zatrudnionych w latach 90. nie odszedł z firmy. Doczekaliśmy się za to pierwszych emerytur.

KG: Jaka była strategia rozwoju firmy? Od razu myślał Pan o rynkach zagranicznych?
ZL:
Moja wyobraźnia tak daleko nie sięgała. Miejsce, w którym rozwijałem firmę, czyli  giełda Wolumen, była jednocześnie miejscem branżowych spotkań. Od samego początku działaliśmy na rynku ogólnopolskim, chociażby dlatego, że, kiedy zaczynaliśmy sprowadzać układy scalone do systemów telewizyjnych PAL-SECAM, te  zakłady były rozsiane po całej Polsce oraz w ościennych krajach Europy środkowej. Rynek elektroniczny znajdował się wtedy w głębokiej zapaści. Naturalną konsekwencją tej sytuacji był dynamiczny wzrost sprzedaży u nielicznych wówczas importerów części. Wykorzystałem nadarzającą się okazję i postanowiłem pójść o krok dalej. Zaczęliśmy importować z Azji. Do oferty firmy wprowadziliśmy wówczas tranzystory i najnowsze układy scalone. Kolejnym krokiem naprzód był zakup w 1991 roku, dwóch pawilonów na warszawskim Wolumenie oraz dzierżawa miejsca na podobnej giełdzie we Wrocławiu. W związku z tym przez kolejne piętnaście lat Lechpol prowadził działalność handlową również w soboty i niedziele.

KG: Czyli ciągły rozwój?
ZL:
Zdecydowanie. W kolejnych latach poszerzyliśmy asortyment o kilkaset pozycji.  Potem przyszedł czas na prezentacje produktów na Targach Elektronicznych we Wrocławiu i Międzynarodowych Targach Poznańskich. Pojawiały się kolejne marki: UNI-T, CABLETECH, PEIYING, VIPOW, AZUSA i inne. W 2005 roku, po studiach w Australii, do załogi dołączył mój najstarszy syn, Mariusz, który pracował nad rozwojem oferty produktowej. W 2008 roku podjęliśmy decyzję o rejestracji nowej marki LPelektronik, co wiązało się z pomysłem utworzenia grupy własnych sklepów. W 2010 roku pojawił się pomysł stworzenia nowej marki będącej alternatywą dla drogich urządzeń, które oferuje rynek. I tak powstała marka Kruger& Matz. Miało to związek z powrotem do firmy młodszego syna, Michała. Kiedy w 2013 roku dołączył do nas najmłodszy Leszek - Marcin, byliśmy już w komplecie. Obecnie jednym z elementów strategii rozwoju firmy jest rozszerzenie dystrybucji na inne kraje europejskie. Jednym słowem ciągle podnosimy sobie poprzeczkę.
na zdjęciu od lewej: Marcin Leszek, Mariusz Leszek, Zbigniew Leszek i Michał Leszek

REKLAMA:


KG: A siedziby firmy?
ZL:
Z przydomowego budynku, o którym już wspominałem, w 1995 roku przeprowadziliśmy się do nowej siedziby firmy, która mieściła się w Miętnem, przy ul. Ogrodowej 2. Wraz z dalszym rozwojem, w 1997 roku zakupiliśmy i zmodernizowaliśmy hale magazynowe po byłym Przedsiębiorstwie Sprzętowo – Transportowym Budownictwa Kolejowego w Woli Rębkowskiej. Siedziba przy ul. Ogrodowej szybko okazała się za mała, dlatego w 2002 roku zakupiłem grunty przy drodze krajowej nr 17 w Miętnem, gdzie w ciągu kolejnych dwóch lat powstał nowy obiekt, który po rozbudowie w 2007 i 2008 roku, zajmuje łącznie około 8000 m2 powierzchni biurowo - magazynowej. Załoga firmy ciągle się powiększała, aktualnie zatrudniamy  około trzystu pracowników w całej Polsce. Założenia są takie, że będzie nas przybywało od 50 do 100 osób rocznie.

KG: Co sprawiło, że Lechpol jest dziś świetnie prosperującą, ciągle rozwijającą się firmą?
ZL:
Jako przedsiębiorca mogę się zaliczyć do średniego segmentu dobrze rozwijających się firm w Polsce. Ja nie wyrosłem ze świata gospodarki, budowałem wszystko od podstaw. Nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy rodziną czy firmą konsumpcyjną. Przez te wszystkie lata inwestowaliśmy w firmę. I to powodowało, że kapitał, który przeznaczaliśmy na rozwój, na rozszerzenie oferty produktowej, cały czas prowadził nas dalej i dalej. Inwestowaliśmy również w pracowników. To powodowało, że osiągaliśmy systematyczny coraz większy sukces, przy dosyć dużej stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa. Staraliśmy się nie przeinwestować. Wiele firm bardzo dobrze prosperujących, szczególnie w latach 90. przeinwestowało lub skonsumowało swój majątek bo wydawało się, że tak będzie zawsze. Niestety czasy mamy różne, przychodzą ciężkie momenty i na to również należy być przygotowanym. Trzeba się odnaleźć na coraz bardziej konkurencyjnym, globalnym rynku. Z mojego punktu widzenia o wiele łatwiej było prowadzić firmę w latach 90., a zdecydowanie trudniej od początku 2000 roku i jeszcze trudniej z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej.

KG: Czy był taki moment, kiedy chciał się Pan wycofać?
ZL:
Nigdy o tym nie myślałem. Skoro podjąłem decyzję o prowadzeniu firmy, to myślałem tylko o tym co zrobić, żeby firma się rozwijała.  Wchodzenie coraz głębiej i głębiej nie dawało już odwrotu. Idziemy coraz dalej i jesteśmy konsekwentni w działaniu. Oczywiście przychodzi taki moment, że można by się wycofać, czasami człowieka może coś przerażać, ale wraz z rozwojem firmy odpowiadałem za coraz większą liczbę pracowników. Obecnie mówi się, że jesteśmy na rynku pracownika, ale przez 26 lat byliśmy na rynku pracodawcy, zatem zapewnienie bezpieczeństwa dla pracownika było kluczowe, a odpowiedzialność jako pracodawcy, była bardzo duża. Owszem, bywało trudno, chociażby z tego względu, że nie wyrosłem z branży elektronicznej, ale filozofię rozwoju firmy oparłem w pewnym momencie na tym, że skoro technologie na świecie się rozwijają, skoro fabryki wprowadzają coraz ciekawsze rozwiązania technologiczne, to my będziemy podążali za tym wszystkim.

KG: Przepis na sukces?
ZL:
Nie ma takiego. Ale gdybyśmy mieli to zebrać w kilka punktów; na pewno dużo szczęścia, odrobina przypadku, a później cechy menedżerskie plus konsekwencja w działaniu. Konsekwencja była w tym wszystkim bardzo ważna, tak jak w sporcie; nie ma czasu na pomyłki, a kontuzje muszą się szybko leczyć. Dodatkowo każdego dnia trzeba myśleć co zrobimy dziś, jutro, co zrobimy za kilka lat. Po tych 25 latach ciężkiej pracy, w 26 roku działalności firmę przekazałem synom i mogę śmiało powiedzieć, że jestem spełniony.

KG: Przekazał Pan pałeczkę synom, ale pieczę nad wszystkim sprawuje Pan nadal?
ZL:
Nadal staram się zarządzać tą firmą, ale zupełnie inaczej. Z chwilą, kiedy przekazywałem firmę dzieciom, mieliśmy już trzech ukształtowanych menedżerów wewnątrz firmy. Oni dojrzeli do tej roli, obowiązki są świetnie podzielone. Ja, jako nestor odpowiadam za kluczowe działy, które mają wpływ na wizerunek firmy, czyli dział kadr oraz inwestycje. Odpowiadam za rozwój sieci sklepów LPelektronik, a mamy w tej chwili 54  w Polsce, za budowę kolejnych obiektów, współpracę z naszą firmą w Rumunii (w tamtym roku oddaliśmy do użytku bardzo nowoczesny obiekt), czy też zarządzenie i rozbudowę Lechpol Logistics Park. Najstarszy syn, Mariusz zajął się działalnością operacyjną, wszystkimi kwestiami technicznymi, wszystkimi działami wdrażania produktów, poza tym sprzedażą, logistyką, serwisem. Michał zajął się wizerunkiem zewnętrznym firmy, całym marketingiem, a Marcin finansami.

KG: Plany i marzenia?
ZL:
Nie są bardzo skomplikowane –chciałbym żeby ten bagaż, który odziedziczyli po nas synowie, nie był dla nich ciężarem. Taki prezent jak otrzymanie dobrze zorganizowanego przedsiębiorstwa to jest wbrew pozorom ogromny bagaż. Odpowiedzialność, która się kryje za tym wszystkim jest ogromna. Dlatego życzyłbym synom, żeby się im powidło. To marzenia przedsiębiorcy. A prywatnie, jako dziadek jestem coraz bardziej spełniony, piąty wnuk w drodze (śmiech). Więcej oczekiwań nie mam. Kochamy ten kraj, to miejsce, nigdy się stąd nie wyprowadziliśmy, tutaj jest nam dobrze.

KG: I niech tak zostanie. Dziękuję za rozmowę.
ZL:
Dziękuję.


Odwiedź nas na facebooku