Są takie historie, które zaczynają się zupełnie zwyczajnie. Ktoś jedzie autobusem, ktoś czeka na pociąg, ktoś idzie do lasu... I nagle dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Stefan Jerzy Siudalski ma szczególny dar wyszukiwania właśnie takich opowieści. Zna historię naszej ziemi, ludzi i miejsc, ale potrafi też słuchać. A czasem z jednego wspomnienia, zasłyszanego przed laty wydarzenia czy pozornie błahej historii wyłania się opowieść, którą aż chce się przekazać dalej.
Jego teksty publikowaliśmy już na naszych łamach. Tym razem oddajemy mu miejsce na "Opowieści niesamowite" – cykl historii niezwykłych, zaskakujących, czasem trudnych do uwierzenia. Nie będziemy zdradzać ich zakończeń. Bo w tych opowieściach najważniejsze jest właśnie to, co wydarzy się za chwilę. Pierwsza historia zaczyna się w Garwolinie, w autobusie jadącym do Warszawy. Jest zwyczajny postój, zwyczajna podróż i zwyczajni pasażerowie. A potem...
Dalej najlepiej już oddać głos autorowi:
Autobus do Warszawy
Cofamy się do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dalekobieżny autobus miał piętnaście minut planowego postoju w Garwolinie na trasie do Warszawy.
Z tego rejsowego autobusu korzystali ci, którzy jechali załatwiać jakieś sprawy w stolicy, czyli osoby, które nie co dzień nim jeździły. Postój to postój – kierowca miał czas na kawę, a pasażerowie mogli trochę nogi rozprostować. Czasami nawet w tym autobusie były wolne miejsca i w miasteczku ktoś mógł się zabrać, ale tego dnia tylko jedna młoda, zresztą dziewczyna, się dosiadła.
Często tym autobusem jechali do Warszawy urzędnicy, których centrala czy ministerstwo wzywało, aby dowieźli "sprawozdania". Nerwowo wtedy bywało w autobusie, spieszyli się, aby zdążyć na umówione godziny.
Autobus ruszył planowo, ale nie ujechał nawet dziesięciu kilometrów, gdy jedna z pasażerek podeszła do kierowcy i poprosiła, aby zatrzymał się w lesie, bo ona musi.
– Przecież dopiero co staliśmy piętnaście minut, nie mogła pani wtedy?
– Muszę teraz, a nie wtedy.
Lepiej nie ryzykować w takiej sytuacji i chcąc nie chcąc, kierowca zatrzymał się przy takim kawałku lasu, gdzie gęściej niż gdzie indziej było.
Pasażerka wyskoczyła do lasu. Minęło pięć minut – nie wraca. Pasażerowie zaczęli się niepokoić. Minęło dziesięć minut, a jej nie ma, a tam w Warszawie czekają na te ważne sprawozdania czy jak im tam. Pasażerowie zaczęli się złościć, ale bez tej, co musiała do lasu, nie wypada jechać.
Kilku z tych bardziej niecierpliwych wysiadło z autobusu i poszło w las szukać pasażerki. Poszli i nie ma ich, nie ma pięć minut, dziesięć – też sobie miejsce i czas na żarty znaleźli.
Gdy następna grupa szykowała się do poszukiwań, z lasu wyszła ta zagubiona kobieta w asyście mężczyzn. Tyle że ona była z dzieckiem!
Urodziła tam?
Nie, trudno raczej urodzić tak od razu czteroletnie dziecko.
Co się okazało? Gdy kobieta weszła w las za potrzebą, spostrzegła nieruchomo stojące dziecko.
Małe dziecko, nieruchomo, i nic się nie odzywało?
Tak, bo miało na szyi pętlę.
Ktoś powiesił to dziecko, ale gałąź pod ciężarem ugięła się i tak dzieciak nie mógł się uwolnić, ale i pętla się nie zacisnęła, tak że dziecko żyło.
Kobieta nie mogła sama dziecka uwolnić i dopiero ci, co przyszli jej szukać, zdjęli dziecku pętlę.
Dziecko żywe, ale zszokowane. Co dalej robić?
Wracać do Garwolina, bo tam najbliżej milicja – a były to lata sześćdziesiąte – czy jechać do Warszawy?
Pasażerowie przegłosowali – do Warszawy. Dziecku nic nie jest, więc do Warszawy, już i tak autobus ma duże spóźnienie.
Ruszyli, przejechali może dwa kilometry, a tu na skraju drogi dwoje młodych ludzi – on i ona – machają i to tak gwałtownie, jakby ich diabeł gonił. Starają się zatrzymać autobus.
Po tej przygodzie z dzieckiem to nawet gdyby koń machał kopytem, żeby zatrzymać autobus, kierowca też by się zatrzymał.
Gdy tylko autobus stanął, tych dwoje z drogi podbiegło do drzwi. Zadowoleni wskoczyli, zobaczyli dziecko...
...i z powrotem do drzwi i w nogi w pole.
Pasażerowie zorientowali się, co się wydarzyło, i kilku mężczyzn rzuciło się w pogoń za uciekinierami.
Złapali dziewczynę – on uciekł.
Okazało się, że z dużego miasta przyjechali do tego lasu, by się pozbyć dziecka – przypadek im przeszkodził.
Jak się skończyła ta historia?
Pewnie ich osądzono, ale wydarzyło się coś jeszcze w tym autobusie.
Wśród pasażerów była dziewczyna w ciąży, która wahała się, czy usuwać, czy nie. Po tym zdarzeniu już nie miała wątpliwości. Urodziła, samotnie wychowała i doczekała wnuków, ale o tym już żaden z pasażerów tamtego autobusu się nie dowiedział.
Stefan Jerzy Siudalski

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.