"Czasami potrzebujemy kogoś, kto pokaże nam drogę". Radosław Fic o życiu po wypadku, szermierce i walce o siebie

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: ok

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Z powiatu garwolińskiego- Myślałem, że moje życie się skończyło – mówi Radosław Fic, wspominając czas po wypadku. Musiał zmierzyć się nie tylko z ograniczeniami, które zmieniły jego codzienność, lecz także z poczuciem utraty niezależności i dotychczasowej roli. Nie było jednego przełomowego momentu, po którym wszystko stało się łatwiejsze. Było za to wiele trudnych doświadczeń i ludzie, dzięki którym stopniowo zaczął dostrzegać nowe możliwości. Dziś ma na koncie brązowy medal mistrzostw Europy w paraszermierce. Ta rozmowa jest jednak przede wszystkim opowieścią o życiu, którego nie da się zaplanować i o odnajdywaniu siebie na nowo.
reklama

Debiutuje Pan na Mistrzostwach Europy i wraca z brązowym medalem. Kiedy okazało się, że będzie reprezentował Polskę?

 

Byłem zaskoczony, że w ogóle się tam znalazłem. To, że pojadę na mistrzostwa Europy, zaczęło do mnie docierać może pół roku przed wyjazdem. Wcześniej myślałem, że trenerzy żartują. Okazało się, że wcale nie żartowali. Uważałem, że jeszcze nie zasługuję na taki wyjazd i nie jestem gotowy. Na co dzień w klubie rywalizuję z osobami, które są ode mnie sprawniejsze. Nie można wszystkich osób poruszających się na wózku wrzucać do jednego koszyka. Każdy ma inne możliwości, dlatego istnieją kategorie sportowe.

Przez długi czas byłem w klubie takim statystą. Niewiele mi wychodziło, byłem wolniejszy i mniej sprawny. W szermierce liczy się czas reakcji, a o zdobyciu punktu potrafią decydować drobne niuanse. Można być dobrze wyszkolonym technicznie, ale jeśli brakuje fizyczności, trudno to nadrobić.

reklama

Nie zaczynał Pan więc od marzeń o medalach. Czym była dla Pana paraszermierka na początku?

Przede wszystkim formą rehabilitacji, okazją do wyjścia z domu i zmiany otoczenia. Chciałem wzmocnić się na tyle, na ile będzie to możliwe. Nie marzyłem o mistrzostwach Europy, nawet o nich nie śniłem.

Szermierka dała mi jednak bardzo dużo. Nie chodzi tylko o sprawność. Poznałem fajnych ludzi, dobrych znajomych, a z czasem pojawiły się przyjaźnie. Zacząłem dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziałem.

Po wypadku wydawało mi się, że świat się skończył, zawalił. Myślałem, że jestem już bezproduktywnym człowiekiem i nic dobrego mnie nie czeka. A potem podczas pierwszego wyjazdu do Wisły do Ośrodka Przygotowań Paralimpijskich spotykałem osoby, które się uśmiechały, żartowały i czerpały z życia radość. Pokazywały mi, że można, że się da.

reklama

Po wypadku musiał Pan nauczyć się najprostszych czynności. Co było wtedy najtrudniejsze?

To było takie cofnięcie się do podstaw. Nie potrafiłem samodzielnie wejść do samochodu i z niego wyjść. Przez długi czas byłem zależny od najbliższych. Rodzina pomagała mi we wszystkim. Nie tylko ja musiałem odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Musiała się w niej odnaleźć również moja żona, moje dzieci i wszyscy wokół mnie.

Na początku próbowałem wykonywać podstawowe czynności samodzielnie, ale nie zawsze mi wychodziło. Nie ukrywam, że człowiek bywa leniwy. Ja też taki byłem i nadal w niektórych kwestiach jestem. Po jakimś czasie nauczyłam się nadużywać swojej niepełnosprawności.

Jeśli ktoś obok może mnie wyręczyć, łatwo z tego skorzystać.

Dlatego tak bardzo obawiałem się pierwszego wyjazdu na obóz do Wisły. Nie było tam żony ani nikogo z rodziny, kto mógłby mi pomóc. Wiedziałem, że będę musiał sam spróbować wielu rzeczy, których wcześniej nie robiłem.

reklama

Czułem podskórnie, że będę musiał w 100 proc. polegać na sobie. Bałem się, czy poradzę sobie z przesiadaniem się z łóżka na wózek, z czynnościami toaletowymi i czy – jeśli się przewrócę – ktoś pomoże mi wstać. Ten wyjazd okazał się jednak bardzo ważny. Poznałem ludzi, którzy przeszli podobną drogę. Niektórzy poruszali się na wózku od 10, 15 czy 20 lat. Rozumieli mnie i potrafili podpowiedzieć, jak sobie radzić.

Co zmieniło się w Pana myśleniu dzięki tym spotkaniom?

Zrozumiałem, że wiele zależy ode mnie. Mogę cały czas się bać albo spróbować zrobić coś inaczej. Siedząc w domu, biłem głową w mur i zastanawiałem się, co mam dalej ze sobą począć. Ci ludzie pokazali mi, że są inne możliwości. Trzeba tylko odważyć się wyjść z domu, pokazać i nauczyć się prosić o pomoc.

reklama

A to było dla mnie bardzo trudne. Wcześniej wolałem pomagać innym, niż samemu o coś prosić. Myślę, że było w tym trochę męskiego ego. Przed wypadkiem miałem poczucie, że mogę wszystko. Jeśli coś sobie zaplanowałem, prędzej czy później to realizowałem. A potem nagle bardzo brutalnie zostałem ściągnięty na ziemię. Musiałem się zatrzymać, spojrzeć na siebie i przewartościować własne życie.

To trudne do zaakceptowania. Trudno też wyjść na zewnątrz, pokazać się i powiedzieć, z czym człowiek się zmaga. Często wychodziłem z domu i się uśmiechałem, ale za tym uśmiechem kryły się ból i strach. Osoby pełnosprawne nie zwracają uwagi na wiele rzeczy. Ja również ich nie zauważałem, dopóki sam nie znalazłem się po drugiej stronie.

Zwykłe wyjście z domu może oznaczać konieczność zastanawiania się, czy po drodze będzie dostępna toaleta albo czy chodnik będzie przejezdny. Na początku zdarzało mi się, że koło wózka wpadało w zapadniętą kostkę i przewracałem się na chodniku. Nie byłem w stanie samodzielnie wrócić na wózek. Leżałem i czekałem, aż ktoś się pojawi i pomoże mi wstać. To realny strach. Czasami właśnie on sprawia, że człowiek zamyka się w czterech ścianach.

Później odezwał się trener Grzegorz Pluta. Jak wyglądał wasz pierwszy kontakt?

Pamiętam jego pierwszy telefon. Powiedziałem, że jestem dopiero około półtora roku po wypadku, a on zapytał: "Dopiero? Człowieku, tyle czasu zmarnowałeś. Co ty robisz w domu?".

To było jak kubeł zimnej wody. Miałem jednak mnóstwo wymówek. Treningi odbywały się w Wołominie, około 60 kilometrów ode mnie. Nie miałem samochodu, musiałbym kogoś prosić o pomoc. W głowie od razu pojawiały się kolejne przeszkody i wymówki.

Grzegorz powiedział, że jeśli problemem jest transport, to go zorganizuje. Okazało się, że Michał Dąbrowski, który mieszkał w Trąbkach niedaleko mnie, jeździł na treningi. Przyjechał po mnie i zabrał mnie do Wołomina na pierwszy trening. Trener właściwie odebrał mi wszystkie argumenty, żeby nie spróbować.

Myślę, że Grzegorz dobrze rozumie osoby z niepełnosprawnościami, bo sam wcześniej uległ wypadkowi komunikacyjnemu. Wie, z jakimi trudnościami się mierzymy i jakie wymówki potrafimy sobie znaleźć. Otwiera drzwi, pokazuje drogę, ale nikogo nie zmusza. To wielka umiejętność. Dzięki niemu i trenerowi Stefanowi poczułem, że jestem wśród ludzi, z którymi łączą mnie podobne wartości.

Dużo zawdzięcza Pan ludziom, których spotkał na swojej drodze. Jak ważny jest dla Pana IKS Szermierka Wołomin?

Trenerzy Grzegorz Pluta i Stefan Makowski stworzyli coś naprawdę pięknego. Zaangażowali się w oddolną inicjatywę rodziców dzieci z niepełnosprawnościami i prowadzą Integracyjny Klub Sportowy IKS Szermierka Wołomin. Z pewnością, jak zaczynali, na początku nawet nie mieli pojęcia o tym, jak wielu osobom po drodze pomogą i odmienią ich życie.

Jestem im za to bardzo wdzięczny. Kiedy obserwuję ich pracę i to, co dzieje się w klubie, widzę, że łączą nas podobne wartości. Dlatego tak dobrze się rozumiemy.

Czuję się tam tak, jakbym był wśród najlepszych przyjaciół. Cały klub IKS Szermierka Wołomin jest dla mnie jak jedna wielka rodzina. Nie wiem, jak to wygląda w innych klubach, ale wiem, że tam chcę być. Ci ludzie, ich podejście i wartości, którymi się kierują, są mi bardzo bliskie.

Co sprawia, że to miejsce jest tak wyjątkowe?

To, że wszyscy mogą być razem. IKS Szermierka Wołomin jest klubem integracyjnym. Trenują tam osoby poruszające się na wózkach, dzieci i młodzież w pełni sprawne, a także dzieci i młodzież z niepełnosprawnościami neurologicznymi. Wszyscy jesteśmy obok siebie.

Serce rośnie, kiedy patrzy się na postępy tych dzieci. Czasami rodzice przychodzą z przekonaniem, że ich dziecko czegoś nie zrobi albo się nie nauczy. A potem zostawiają je na treningu na dwie czy trzy godziny albo jadą z nim na dziesięciodniowy obóz do Wisły i widzą, jak wiele się zmienia.

Sukces nie dla każdego oznacza medal. Dla jednego dziecka będzie nim samodzielne zawiązanie butów, dla innego skorzystanie z toalety bez pomocy. To ogromne rzeczy, choć na co dzień nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

Ja sam przyszedłem do szermierki przede wszystkim po to, żeby się rehabilitować. Nie myślałem o medalach. Tymczasem dostałem znacznie więcej: poznałem ludzi, którzy mnie rozumieli, i nauczyłem się wielu rzeczy. Odzyskałem też wiarę w to, że moje życie nadal ma sens. Bardzo cenię to środowisko. Chce się tam wracać nie tylko na treningi. Chce się być z tymi ludźmi.

Wspomniał Pan Michała Dąbrowskiego. Kim był dla Pana?

To był niesamowity człowiek, prawdziwy talent i wojownik. Niestety, już go z nami nie ma. Zbyt wcześnie odszedł. Michał był jedną z pierwszych osób, które pomogły mi wejść w ten świat. Przyjechał po mnie i zawiózł mnie na pierwszy trening. Kiedy nie miałem jeszcze własnego samochodu, zabierał mnie również na obozy do Wisły.

Podczas długich podróży rozmawialiśmy o różnych sprawach. Nie tylko o szermierce i sporcie, lecz także o codziennym życiu, naszych problemach i trudnościach, o rozterkach związanych z dorastającymi dziećmi i byciu rodzicem na odległość, bo kilka razy w roku wyjeżdżaliśmy na 10-dniowe obozy przygotowawcze, zostawiając żony z dziećmi i codziennymi problemami.

Mieliśmy okazję lepiej się poznać.

Jestem wdzięczny wszystkim ludziom, których spotkałem na tej drodze: trenerom, kolegom i koleżankom. Bez nich ta historia wyglądałaby inaczej.

Mówi Pan, że szermierka przywróciła Panu wiarę w życie. Czy był moment, w którym tej wiary szczególnie zabrakło?

Tak. Miałem okres mocnego załamania, kryzysu, depresji. Ludzie wokół mnie to widzieli, a ja zaprzeczałem, że potrzebuję pomocy. Powtarzałem, że sam sobie poradzę.

Żona czasami sugerowała, żebyśmy poszukali psychologa i porozmawiali z kimś, kto może pomóc. Byłem uparty. Odrzucałem wszystko i wszystkich. W pewnym momencie naprawdę nie chciało mi się nic.

Wtedy żona, z racji tego, że ma duszę artystyczną, często coś malowała i w domu były sztalugi płótna i farby, zniosła mi któregoś dnia wszystko na dół i zaproponowała, bym spróbował coś namalować. Trzy dniu jeździłem po pokoju, zanim coś spróbowałem namalować, aż spróbowałem i choć na chwilę oderwałem swoje myśli od swojej niedoli. To był pierwszy moment, w którym mogłem dać upust skrywanym gdzieś głęboko emocjom.

To nie wydarzyło się z dnia na dzień. Musiałem przepracować wiele rzeczy sam ze sobą. Szermierka, trenerzy i ludzie, których poznałem, pomogli mi odzyskać poczucie, że moje życie nadal ma sens.

Wróćmy do mistrzostw. Co Pan poczuł, gdy okazało się, że medal mistrzostw Europy jest Pana?

Trudno mi to opisać. Nie nastawiałem się nawet na to, że pojadę na mistrzostwa, a co dopiero, że coś wygram. Oczywiście, jest satysfakcja. Ale chyba największą odczuwam wtedy, gdy wracam do domu i widzę swoich najbliższych. Widzę, że są ze mnie dumni.

Dla mnie szermierka nadal jest przede wszystkim najlepszą formą rehabilitacji. To, że przy okazji udało mi się zdobyć medal, jest czymś dodatkowym. Trenerzy dostrzegli we mnie możliwości, których ja być może sam nie widziałem. Motywowali mnie i nie pozwolili mi się poddać. Cieszę się z tego sukcesu, ale nie chciałbym, żeby przesłonił mi to, co naprawdę ważne.

Czyli rodzina?

Tak. Największą wartością jest dla mnie rodzina i możliwość spędzania z nią czasu. Przed wypadkiem byłem, jak wielu ludzi, ciągle zabiegany. Praca, dom, dzieci, codzienne obowiązki, rozwiązywanie kolejnych problemów. Człowiekowi czas ucieka przez palce. Mija tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Dzieci rosną, a my często nie dostrzegamy nawet ich problemów, bo jesteśmy zajęci własnymi sprawami.

Wypadek mnie zatrzymał. Sprawił, że musiałem przewartościować swoje życie i inaczej spojrzeć na to, co jest istotne. Wartością nadrzędną jest rodzina i ludzie wkoło nas, którzy nie pozwolą ci się poddać, nawet jak sam wątpisz w sens życia. Myślę, że ważne jest, żeby spróbować zrobić pierwszy krok, ale zanim do tego dojdzie, każda osoba po traumatycznym wypadku musi przejść coś w rodzaju "żałoby", a następnie puścić przeszłość i nauczyć się żyć teraźniejszością, a to nie jest takie proste, wymaga czasu i wsparcia najbliższych.

Dla mnie było to bardzo trudne, bo bałem się wyjść, pokazać się i poprosić o pomoc.

Czasami człowiek sam sobie wmawia, że nie da rady. Wymyśla kolejne przeszkody, zanim w ogóle spróbuje. Ja też tak robiłem. Wydawało mi się, że skoro nie mam samochodu, nie dojadę na trening. Że będę musiał kogoś prosić, więc lepiej zostać w domu. A potem pojawił się ktoś, kto powiedział: dobrze, to zorganizujemy transport. I nagle część problemów zniknęła.

Nie chcę mówić, że wystarczy chcieć, bo wiem, że to nie takie proste. Są prawdziwe bariery, ograniczenia i lęki. Ale czasami potrzebujemy kogoś, kto pokaże nam, że istnieje droga, której sami nie dostrzegamy.

 

Radosław Fic zdobył brązowy medal w turnieju floretu mężczyzn w kategorii C (w szermierce na wózkach) podczas tegorocznych Mistrzostw Europy w Cardiff. Pochodzi z Wygody w gminie Pilawa. 11 września 2020 roku uległ wypadkowi, w wyniku którego doznał urazu kręgosłupa. Po tym wydarzeniu rozpoczął treningi szermierki, początkowo traktując je przede wszystkim jako formę rehabilitacji.

Początkowo był zawodnikiem IKS Szermierka Wołomin. Około pięć lat temu, gdy powstawała sekcja szermierki na wózkach Legii Warszawa, za namową trenerów dołączył do nowego zespołu, co ułatwiło mu dojazdy na treningi. Obecnie reprezentuje Sekcję Szermierki na Wózkach Legii Warszawa, prowadzoną przez Fundację Rozwój Integracja Sport. Jej współzałożycielami są Stefan Makowski i Grzegorz Pluta, który równocześnie prowadzi działalność szkoleniową w IKS Szermierka Wołomin.

Szermierka na wózkach – spróbuj swoich sił!

Sekcja Szermierki na Wózkach Legii Warszawa oraz IKS Szermierka Wołomin zapraszają osoby z niepełnosprawnościami, które chciałyby spróbować swoich sił w szermierce. Można skontaktować się z klubami i przyjść na trening, by poznać tę dyscyplinę oraz przekonać się, czy jest to sport dla siebie. Więcej informacji na stronach internetowych IKS Szermierka Wołomin oraz Fundacji Rozwój Integracja Sport.

fot. Przemysław Świderski / PZSN START

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo