O makabrycznych wydarzeniach pisał na swoich łamach kielecki miesięcznik społeczno-kulturalny "Przemiany". W numerze 11. (14.) z listopada 1971 roku (Rok II), w artykule Władysława Grabki pt. "Na środku rzeki", przytoczona została relacja Jana Tynkowskiego, który wydarł Wiśle niejedno ludzkie życie. Na stronie 8. czytamy: "Szykowałem się do pracy, miałem drugą zmianę na budowie. Nie wiem, która była godzina. Mieszkam tuż nad wodą. Usłyszałem krzyk, wołanie o ratunek. Wyskoczyliśmy z synem, on przyjechał z Pionek, gdzie uczy się w technikum. Dziś to mi się zdaje, jakbym oglądał film - straszny film ... Odcięliśmy stojące przy brzegu łodzie, bez wioseł, kijami, rękami, jak szło płynęliśmy na ratunek".
Po wsi przeszedł krzyk - ludzie toną
Część ludzi stała już na pokładzie bagrów. Ale dookoła pogłębiarki pływało wielu. Kobiety i dzieci. Ratowano w pierwszym rzędzie tych, którzy z trudem trzymali się na wodzie.
Jan Tynkowski: "Nie! Nie pamiętam ... Dużo ludzi było w wodzie. Ze wsi przybiegli następni. Zenek Siębor, młody Tonowicz, technicy z pogłębiarek - Stanisław Horowski i Stanisław Abramek, kierowcy z budowy. Skakali na ratunek, także ci, którzy przed chwilą wyrwani zostali z nurtów. Nie wiem ilu ich było... Najstraszniejsze dla mnie to to, że na moich oczach tonęli ludzie, a myśmy niewiele mogli pomóc".
Zenek Siębor przywiózł z lasu furę drewna na zimowy opał. On także zdawał relację z tragicznych wydarzeń. Fragment tekstu: "Oglądałem mecz. W telewizji, no ten: Polska-Niemcy. Rozpoczęła się akurat druga połowa. Po wsi przeszedł krzyk - ludzie toną. Wybiegłem. Dużo ludzi wybiegło. Ciężko o tym mówić. Pamiętam matkę z dwojgiem dzieci na ręku. Chyba tylko cudem trzymała się na wodzie. Wypuściła z ręki jedno z dzieci, w chwili gdy wyciągano ją z wody do łodzi. Dziecko utonęło. Był taki - nazwiska to już nie pamiętam, z Antoniówki, co uratował teściową i synka, a córka utonęła parę metrów od niego. Na jego oczach. Albo Meterówna. Z 300 metrów płynęła, poszła pod wodę, gdy ratunek był niemal w zasięgu ręki...".
Zarzuciło nieco w głównym nurcie, w kierunku pogłębiarek
Podobne relacje, spokojne zda się, a pełne napięcia, zrozumienia tragedii, pojawiały się często. Różne i kontrowersyjne, obiektywne i próbujące szukać winnych. Doba to zbyt krótki dystans, tragedia tkwiła w oczach i sercach. Jakby oglądano straszny film - przypominały się słowa Jana Tynkowskiego.
"Przemiany": "Czy można było uniknąć tragedii? Też nie ma odpowiedzi jednoznacznej. Łódź była przeładowana - to stwierdzenie staje się powszechne. Łodzią tego typu można przewozić najwyżej 30 osób, ale nie 70. A więc wina przewoźnika?".
Józef Balcerzak, właściciel krypy - przewoźnik, leżał w kozienickim szpitalu. Szok, zapaść sercowa, przytomność odzyskał dopiero w poniedziałek. Dzięki zezwoleniu lekarza dyżurnego i komendanta powiatowego MO przeprowadzono z nim rozmowę w gabinecie ordynatora. Nie mógł chodzić o swoich siłach. Ten 60-letni, ogorzały, muskularny mężczyzna, był kompletnie załamany.
Na stronie 8. czytamy: "Jak mogło dojść do tragedii? Twierdzi (Józef Balcerzak – przyp. red.) z całym przekonaniem, że wszystko było w porządku, linia dopuszczalnego zanurzenia łodzi była nad poziomem wody, nie było na krypie pijanych, gdyż takich nigdy nie zabiera. Prowadził łódź stojąc na jej dziobie. Zarzuciło nieco w głównym nurcie, w kierunku pogłębiarek. Było do nich co najmniej trzy metry. Jedna trzecia łodzi minęła już stojące agregaty. Jeszcze jedno pchnięcie wioseł, byliśmy na czystym nurcie".
Jeszcze nie wiedziała, że dziecko utonęło
Ktoś krzyknął, ktoś wyskoczył. Przechył na obciążoną prawą burtę - wywrotka. Balcerzak skoczył, by ratować ludzi. Pamięta, że wyciągnął z wody dwie kobiety. Stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, chciał znowu do wody. Ratować.
Fragment tekstu: "Powstrzymali - Ośka i Flak. Pewnie myśleli, że chcę się utopić. Ponownie odzyskał przytomność w szpitalu. - Tyle mogił, tyle mogił, Ja tego nie przeżyję ... Znowu zasłabł".
Autor artykułu w kozienickim szpitalu rozmawiał z uratowaną kobietą. Na twarzy miała duży siniak. Przyjechała do Antoniówki z podwarszawskich Błoni, szukać robotnika do gospodarstwa. Przyjechała z córeczką. Pamiętała tylko panikę na łodzi. Pamiętała, że do ostatniej chwili trzymała dziecko za płaszczyk. Potem ciemność, aż do szpitalnej sali. Jeszcze nie wiedziała, że dziecko utonęło...
"Przemiany": "Późny wieczór. Budowa elektrowni tętni życiem, błyszczy rząd świateł na budowanym kominie, rozbłysły światła w Antoniówce, która szykuje się do pogrzebu ofiar. Zapisujemy najtragiczniejszy z rejestrów: - Krygiel Cecylia, lat 68, matka pana młodego, Bronisław Sztyber - lat 60, Józefa Sierdzińska - lat 60, Maria Stępień - lat 60, Osęka Maria - lat 60, Marianna Zygmunt - lat ok. 50, Drewniakowa - brak szczegółów, Stanisław Balcerzak brat przewoźnika, Józefa Balcerzak - jego żona, Helena Ośka - lat 56, Helena Ośka - lat 43, Józefa Cichocka, Teofila KaIbarczyk, Hanna Pawlica - lat 6, z powiatu Bartoszyce w województwie olsztyńskim, Zuzanna Więcek - lat 50, Barbara Cieślak - lat 14, Teresa Stępień - lat 7, Halina Metera - lat 15".
W sporządzonym rejestrze przez pierwszą dobę figurowało także nazwisko nauczycielki, Stefanii Woźniak. Przeżyła. Reporter przeprowadził z nią rozmowę. Szczęśliwie popłynęła inną łodzią.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.