Zatonięcie promu na Wiśle koło wsi Antoniówka w 1971 roku - Część 1 z 2
O apokaliptycznych wydarzeniach pisał na swoich łamach kielecki miesięcznik społeczno-kulturalny "Przemiany". W numerze 11 (14) z listopada 1971 roku (Rok II), w artykule Władysława Grabki pt. "Na środku rzeki", na stronie 7, czytamy: "Łodzie od dawna stanowiły tu jedyny środek lokomocji łączący wsie województwa kieleckiego z warszawskim. Przed paru laty Antoniówka stanowiła swoistą enklawę naszego województwa na prawym brzegu Wisły. Stąd wiele powiązań rodzinnych, duży stosunkowo ruch ludności przez Wisłę. W tę słoneczną niedzielę na brzegu zebrali się ludzie, czekając na łodzie. Wielu z nich jechało na uroczystości weselne, które dla swej córki wyprawiał w Antoniówce Ukleja. Żenił się Stanisław Krygiel z Uściejowic".
Łódź odbiła od brzegu pchnięta wiosłem
Następnego dnia po tragedii na miejscu pojawili się przedstawiciele władz wojewódzkich i prasa. Władysław Grabka prowadził rozmowy z milicjantami, mieszkańcami Antoniówki i Świerży, którzy na własne oczy oglądali ostatnie chwile nieszczęśników.
Fragment tekstu: "Na nich to na plaży czekały łodzie. Młodzi i jeszcze paru ludzi wsiadło do niewielkiej łódki starego Tynkowskiego. 12-metrowa krypa Józefa Balcerzaka miała zabrać resztę. Wsiadali, jak kto mógł. Łódź odbiła. Nikt nie wie, ile ludzi do niej wsiadło... W poniedziałek podawano różne liczby. Od 50 do 80 nawet. Prowadził Józef Balcerzak, człowiek z uprawnieniami przewoźnika od lat 18, znany i ceniony po obydwu stronach rzeki. Woda była jego żywiołem. Bywało w czasach powodzi, że przez kilka dni potrafił mimo kry i wirów ratować ludzi i ich dobytek. Wyrywał Wiśle ofiary, poskramiał ją odwagą i sprytem w dzień i w nocy, w czasie wojny i długo po niej. Do dnia dziesiątego października".
Tragedia na Wiśle miała miejsce w czasie, kiedy na rzece trwała budowa elektrowni. Odbywały się prace regulacyjne – koryto zostało zwężone i pogłębione.
"Przemiany": "Łódź odbiła od brzegu pchnięta wiosłem Józefa Balcerzaka. Na rufie siedział liczący 32 lata – syn Marian – ojciec dwojga dzieci, kombajnista z budowy elektrowni. Pomagał ojcu. Nie był przewoźnikiem, zresztą podobnie jak stary Balcerzak, który mimo uprawnień, własnej łodzi – nie spełniał tej funkcji zawodowo. Od przypadku do przypadku w miarę potrzeb i na prośbę mieszkańców Antoniówki. Upłynęli około 100 metrów. Na tym odcinku rzeki prowadzi się obecnie intensywne prace regulacyjne".
Woda wyrwała rów o głębokości 10 metrów
Na rzece pracowały pogłębiarki, układane były faszynowe dywany, profilowano koryto obramowaniem z kamienia. Najkrótsza droga prowadziła po prostej – między zarosłą między wiklinami kępą a agregatem pogłębiarek.
Na stronie 7 czytamy: "Płynęli do głównego nurtu spokojnie. Regulacja, świeżo założone ostrogi przy obydwu brzegach, rozstawione pogłębiarki zmieniły główny nurt rzeki, w którym jak zbadano, woda wyrwała rów o głębokości 10 metrów. Gdy dziób łodzi wszedł na główny nurt - zarzuciło. Pełna ludzi krypta zbliżała się do pogłębiarki. Nikt dziś nie pamięta szczegółów. Ktoś krzyknął, ktoś zawołał: ratunku! Ktoś histerycznie wołał: - potopimy się".
Część ludzi zeskoczyła z lewej burty. Na faszynę, na pokład pogłębiarki, do wody. Łódź straciła stabilność, gwałtowny przechył na prawą, bardziej obciążoną burtę - wywrotka.
Fragment tekstu: "Ostry nurt rzeki wciągnął część ludzi pod faszynowy dywan, pod agregat pogłębiarki. Nastał sądny dzień. Pierwsza łódź z młodożeńcami dobijała już do drugiego brzegu. Zostawiono kobiety. Przewoźnik z panem młodym wrócili, by ratować tonących. Wyratowano 40 osób. Nie doliczono się 18. Wydobyto 12 ciał, jeszcze tego samego dnia".
W poniedziałek, 11 października, od tragicznych minut minęła doba. W kozienickiej komendzie MO pełne pogotowie. Meldunki napływały ze Świerży systematycznie. Uzupełniała się tragiczna liczba ofiar.
"Przemiany": "W Świerżach codzienny, roboczy dzień. Część ludzi na budowie elektrowni. Tu praca nie może być przerwana. Na nadwiślańskiej plaży kilkoro dzieci. Sierżant Tonowicz na swej motorówce kursuje od brzegu do brzegu. Na horyzoncie wśród drzew bieleją dachy Antoniówki. Zeszli już z placu ludzie, którzy regulują Wisłę. Cicho na bagnach, wzdłuż brzegu strefy faszyny, kamienny tłuczeń, rzeka toczy swe wody cicho i spokojnie".
Opowiadali na przemian o niedzielnej tragedii
Motorówka sierżanta Tonowicza przeprawiała się na drugi brzeg. Antoniówka – wówczas i dzisiaj - to duża wieś, kilka przysiółków rozrzuconych na prawym brzegu rzeki.
Na stronie 8 czytamy: "Nad wodą grupa ludzi. Patrzyli bez słów w nurt, który tak dobrze zdawało się znali. Znali jego siłę, grozę. I dobrodziejstwa. Zrośli się z nim jak górale z turniami... Nigdy tak strasznie nie zaskoczył. Opowiadają na przemian o niedzielnej tragedii. Mozaika wrażeń. Są wśród nich ci, którzy oglądali wypadek z tego, oddalonego o prawie pół kilometra brzegu, są również uratowani. Nikt nie formułuje winy. Za dobrze znają wodę...".
Trochę na uboczu stało dwoje ludzi o skamieniałych z bólu twarzach. Małżeństwo Meterów. Woda zabrała im 15-letnią córkę.
Fragment tekstu: "Chodź Michał - mówi przez łzy kobieta. Chodź, oczy wypatrzymy, a ona nie wróci... We wsi, która szykuje dwanaście pogrzebów, są przedstawiciele władz wojewódzkich z Kielc i Warszawy, przedstawiciele władz śledczych. Ciężki obowiązek rozmów, ustalenia prawdy, pomoc dla sparaliżowanych nieszczęściem. Rozpacz i szok, łzy i przekleństwa... Niewiele możemy się dowiedzieć. Śledztwo trwa, zrozumiałe milczenie sznuruje ściśnięte niemocą usta".
O zmroku powrót do Świerży. Wieś na piaszczystej skarpie niemal dotykała rzeki. Stąd przyszła pierwsza pomoc.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.