2 maja 1988 roku. – Moja córka przystępowała wtedy do pierwszej komunii – mówi pani Elżbieta Frelek i na chwilę się zatrzymuje. To wtedy powstała mała budka z warzywami i owocami. Lokalizacja była bardzo dobra, bo bezpośrednio przy stacji PKP i PKS. Gdy ją zakładali, nie wiedzieli, że przetrwa tak długo.
Zaczynali od malucha i przyczepki. Po towar codziennie jeździli do Warszawy na giełdę, "na lotnisko" – tak się wtedy mówiło. Wracali z czymś, czego w zwykłych sklepach nie było. Kiwi. Pomarańcze. Banany.
– Dzieci były ciekawe takich rzeczy – wspomina pani Ela.
I czasem ta ciekawość wygrywała z rozsądkiem.
– Przyszedł kiedyś chłopak, kupił kiwi i od razu do buzi. Ze skórką. Mówię: "ale trzeba obrać!". A on: "nie, ja już teraz muszę spróbować".
Na początku był mały sklepik. Bez wody, bez zaplecza, z wiadrami noszonymi ze studni.
Ale był ruch.
– Jak przyjeżdżałam rano, to już była kolejka. Ludzie czekali – wspomina.
Lata 90. były dla nich najlepsze. Pilawa żyła tym miejscem. Ludzie wracali z pracy i zachodzili "do Freleków". Po coś na obiad. Po świeże warzywa od "lokalsów". Po coś dla dzieci.
Po te słynne oranżadki w foliowych woreczkach.
– Ludzie do dziś to pamiętają – mówi pani Elżbieta. – Mówią, że tego sklepu nie może zabraknąć właśnie przez te oranżadki.
Pan Andrzej jeździł nocami po towar. Wracał, czasem tylko na chwilę się kładł i znów był w sklepie.
– Musiał być dobry towar. Ładny. Świeży – mówi jego żona. – To był jego świat.
Znał ludzi. Ludzie znali jego.
Dzieci pamiętają jeszcze jedną rzecz: żółwik i cukierek.
– Każde dziecko dostawało cukierka. Musiał być żółwik i cukierek.
Dziś przychodzą i pytają o pana Andrzeja. Bo od jakiegoś czasu go już tu nie ma. Przyszła choroba.
Sklep był ich życiem
– Nie ma urlopu. Jak są warzywa, to trzeba być. Jak lato, to ludzie potrzebują. Jak zima, to zmarznie. Cały czas trzeba pilnować – mówi pani Ela, która dla sklepu zrezygnowała z zawodu pielęgniarki.
– Lubiłam tę pracę. Mąż mnie namówił – przyznaje.
Wybrała sklep. Wspólne życie. A bywało różnie.
– Trzy razy nas okradli. Wybijali szybę, zabierali papierosy, słodycze, czekolady – opowiada. Towar był wtedy cenniejszy niż pieniądze.
Pani Ela na chwilę się uśmiecha, jakby wróciła do tamtych dni.
– Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy po kapustę... Zbieraliśmy ją w polu i nagle przyszła burza, taka z piorunami. Deszcz spadł gwałtownie, ciężki, letni. Ziemia zaczęła się kleić do butów, kapusta mokła, a my – zamiast wracać – zbieraliśmy dalej w tej burzy. Pamiętam, że bałam się o dzieci, bo zostały same w domu, ale nie było wyjścia. Towar musiał być na drugi dzień – mówi. Tak wyglądała ta praca. Bez względu na pogodę, zmęczenie, porę dnia. Bo sklep nie mógł być pusty.
Niezwykłe miejsce
Pani Henryka Wiechetek, nauczycielka z Pilawy, która mieszka blisko sklepu, była stałą klientką.
– Zawsze bardzo dobre, świeże warzywa, owoce, miła obsługa. Człowiek wiedział, że jak przyjdzie, to wszystko dostanie.
I jeszcze jedno:
– Państwo Frelkowie zawsze byli bardzo otwarci. Rozmawiali, opowiadali o swoim życiu. Ja razem z nimi przeżywałam to, co działo się u nich w domu, ich troski, problemy związane z dziećmi – wspomina z łezką w oku.
To była relacja, która wykraczała daleko poza ladę i koszyk z zakupami.
– To nie był zwykły sklep. To było miejsce, gdzie ludzie się znali, rozmawiali, żartowali, byli sobie bliscy. Będzie mi tego brakować.
Pani Elżbieta nie jest z Pilawy. Pochodzi z okolic Borowia. Pan Andrzej – z okolic Parysowa, z Wilchty. Mieszkają w Garwolinie. Do Pilawy przyjechali tylko "na sklep". Zostali na całe życie.
– Ja to tak naprawdę więcej mam znajomych tutaj niż w Garwolinie – śmieje się właścicielka. – Tam tylko śpię.
Pilawa ich przyjęła. A oni znaleźli tu dom.
Potem przyszły markety. - Duże sklepy nas poniszczyły – mówi spokojnie. Ale oni zostali... do teraz.
– Jesteśmy zmęczeni. I choroba... trzeba skończyć.
Bez dramatyzmu. Ale z ciężarem i nostalgią. Pan Andrzej już nie stoi za ladą.
– Brakuje mu tego sklepu – mówi ze łzami w oczach jego żona. Tęskni. - Może go jeszcze przywiozę...
Pan ze słonecznikiem na głowie
W czerwcu będą mieli 50-lecie małżeństwa.
– Jesteśmy takim małżeństwem, że jedno bez drugiego nie może być – mówi. – Jeśli jest miłość, to wszystko przetrwa. On mnie teraz bardzo potrzebuje, nie mogę siedzieć w sklepie i myśleć co się z nim dzieje. Może dzięki temu wreszcie będziemy mieć czas dla siebie.
Ktoś mógłby powiedzieć: wielkie rzeczy – w Pilawie zamknie się sklep.
Ale tak naprawdę zniknie pewien świat.
Świat, w którym kiwi było przygodą.
Świat, w którym oranżadka była skarbem.
Świat, w którym sklep był miejscem spotkań.
Świat pana ze słonecznikiem na głowie.
A oni?
Będą tęsknić.
Tak jak już teraz tęskni pan Andrzej.
Za tym małym sklepem, który był całym jego życiem.
Pani Ela do końca miesiąca będzie wyprzedawać to, co zostało na półkach. Powoli, bez pośpiechu, tak jak przez wszystkie te lata – z uśmiechem, z rozmową, z pamięcią o każdym, kto przekroczy próg tego miejsca. To może być ostatni moment, żeby zajrzeć "do Frelków". Kupić coś – może już nie z potrzeby, a z serca. Pomóc zamknąć ten rozdział. Powiedzieć "dziękuję". Zamienić kilka słów. Powspominać. Bo takich miejsc się nie zapomina. I takich ludzi też nie.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.