Sklep pojawia się tam, gdzie wcale go nie szukaliśmy
W tradycyjnym sklepie zwykle wiemy, po co przyszliśmy. Nawet jeśli wrzucimy do koszyka coś dodatkowego, zakupy były jednak planem od początku.
W mediach społecznościowych jest odwrotnie.
Oglądasz film z przepisem i zauważasz patelnię. Ktoś pokazuje organizację szafy, a kilka sekund później pod materiałem pojawia się link do dokładnie takich samych pudełek. Film o ćwiczeniach kończy się kodem rabatowym na matę.
Produkt nie wygląda wtedy jak reklama. Jest częścią zwykłego życia.
I to działa, bo dużo łatwiej wyobrazić sobie rzecz we własnym domu, jeśli widzimy ją już „w użyciu”. Patelnia nie stoi na białym tle w sklepie internetowym. Ktoś właśnie smaży na niej śniadanie. Lampka nie jest produktem z katalogu. Świeci obok kanapy w przytulnym salonie.
Trudniej w takim momencie zadać sobie mniej efektowne pytanie: czy ja tego naprawdę potrzebuję?
Influencer brzmi trochę inaczej niż reklama
Jest jeszcze kwestia zaufania.
Jeśli oglądasz danego twórcę od dwóch lat, wiesz, jak wygląda jego mieszkanie, pamiętasz imię psa i mniej więcej kojarzysz, dokąd jeździ na wakacje. Gdy taka osoba mówi, że znalazła świetne słuchawki albo krem, rekomendacja brzmi bardziej osobiście niż klasyczny spot reklamowy.
Tyle że nadal może to być reklama.
Dlatego przy takich materiałach znaczenie ma oznaczenie współpracy. UOKiK wyjaśnia, jak influencerzy powinni informować o treściach reklamowych, w tym o współpracy płatnej, barterowej i linkach afiliacyjnych.
Samo oznaczenie nie znaczy oczywiście, że produkt jest zły. Pozwala jednak spojrzeć na rekomendację z właściwej perspektywy.
Przed zakupem dobrze wyjść poza jedną opinię. Jeśli ktoś zachwala słuchawki, poszukaj informacji o tym, czy są wygodne po dwóch godzinach. Jeśli chodzi o blender, sprawdź, czy da się go łatwo umyć. Przy ubraniu zobacz zdjęcia bez idealnego światła i filtrów.
Bardzo pomocne jest też jedno proste pytanie: czy zainteresowałbym się tą rzeczą, gdyby nie pokazała jej osoba, którą lubię oglądać?
Reklama wraca, aż zaczynamy ją pamiętać
Kto choć raz oglądał buty w sklepie internetowym, zna ten schemat. Zamykasz stronę, a buty wracają następnego dnia. Potem jeszcze raz. I jeszcze.
Za pierwszym razem są za drogie. Za drugim zaczynasz się zastanawiać. Przy trzecim pojawia się kod -15%.
Wtedy łatwo odnieść wrażenie, że to świetna okazja. Tymczasem potrzeba mogła pojawić się dopiero dlatego, że produkt był pokazywany kilka razy.
Do tego dochodzą komunikaty o „ostatnich sztukach”, zegary odliczające koniec promocji i informacje o innych osobach oglądających produkt. Czasem są prawdziwe. Czasem ich głównym zadaniem jest po prostu przyspieszenie decyzji.
A szybka decyzja zakupowa rzadko sprzyja sprawdzaniu cen.
Czasem lepiej ograniczyć bodźce niż ćwiczyć silną wolę
Można oczywiście za każdym razem mówić sobie: „nie kupuję”. Tyle że po kilkudziesięciu reklamach dziennie robi się to męczące.
Prościej usunąć część pokus z pola widzenia.
Można wyłączyć powiadomienia sklepów, wypisać się z newsletterów albo przestać obserwować konta, które praktycznie codziennie pokazują nowe promocje. Warto też sprawdzić, jak zablokować reklamy w przeglądarce czy na telefonie.
Nie zniknie wszystko. Sponsorowany fragment filmu influencera nadal pozostanie częścią materiału. Można jednak ograniczyć liczbę banerów, wyskakujących okien i części reklam śledzących użytkownika po różnych stronach.
To nie jest rozwiązanie wszystkich problemów, ale im mniej razy widzimy produkt, tym mniej okazji mamy, żeby przekonać samych siebie, że jednak go potrzebujemy.
Nie każdy „ostatni moment” naprawdę nim jest
Przy zakupach online przydaje się najprostsza możliwa metoda: poczekać.
Jeżeli produkt nie był wcześniej na liście zakupów, można wrzucić go do koszyka i wrócić następnego dnia. Bardzo często po kilkunastu godzinach okazuje się, że cały entuzjazm gdzieś zniknął.
Warto też uważać na mechanizmy, które wywołują presję. UOKiK zwraca uwagę na tzw. dark patterns, czyli rozwiązania projektowane tak, by popychać użytkownika w określonym kierunku. Na stronie „Poznaj Darki i ich triki” można znaleźć przykłady liczników czasu, utrudnionego anulowania czy automatycznego sugerowania określonych opcji.
Najlepszy test? Historia własnych płatności
Jeśli chcesz wiedzieć, czy media społecznościowe rzeczywiście zwiększają twoje wydatki, nie trzeba czytać kolejnego badania. Wystarczy przejrzeć zamówienia z ostatniego miesiąca.
Które zakupy były zaplanowane? Które pojawiły się po obejrzeniu rolki albo reklamy? Co nadal leży w pudełku?
Można też przez tydzień zapisywać rzeczy, które nagle chce się kupić po wejściu na Instagram, TikToka czy Facebooka. Samo obserwowanie tego mechanizmu potrafi być zaskakujące.
Nie trzeba rezygnować z mediów społecznościowych ani przestać korzystać z promocji. Dobrze tylko pamiętać, że przeceniony produkt nadal kosztuje pieniądze.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.