I oto nadszedł dzień, gdy po czułych pożegnaniach i po wielu, wielu ostrzeżeniach i pouczeniach ze strony matki miałam się udać w nieznaną, daleką podróż uwieńczoną pobytem w Hajkowcach. Widziałam ogromną rozterkę w oczach rodziców, czasy były coraz bardziej niespokojne, ale przecież... jesteśmy silni, zwarci, gotowi..., no i "nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły Rydz". A więc jeszcze uściski, jeszcze siostrzany pocałunek z bawiącą się w piasku przed domem małą siostrą Renią i rozklekotany autobus zabrał nas w kierunku Baranowicz, miejsca przesiadki do Hajkowic.
Pułkownik jechał w mundurze z nogą w gipsie usztywnioną w kolanie i wysuniętą na sąsiednie siedzenie. Trudy podróży znosił z męstwem, jak przystało na zahartowanego w trudach żołnierza.
Sylwetka Wodza gwarantowała, że "ani guzika..."
Baranowicze powitały nas gotowością bojową, czego wyrazem były zgrabne mundurki dziewcząt z Przysposobienia Wojskowego Kobiet, skrzypiąca żółtość nowiuteńkich pasów wojskowych, którymi wzdłuż i w poprzek przepasana była większość przechodniów na ulicy, no i maski (przeciwgazowe!!!) – tajemnicze, budzące grozę zielone pudełka, elegancko dopełniające całości.
Z plakatów na murach kamienic sylwetka Wodza gwarantowała, że "ani guzika..." Widok dorożki z godną postacią wojskowego wysuniętą do przodu i spowitą w bandaże nogą wkomponowany był w ogólny nastrój i budził szacunek przechodniów. Byłam dumna, że mogę tak paradować dorożką z rannym pułkownikiem budzącym powszechne zainteresowanie. Nie pamiętam już okoliczności, w jakich otrzymał te chwalebne rany. Jego niedbały gest odbierający honory wojskowe mówił nam, że może jeszcze wiele znieść ku chwale Ojczyzny.
Po krótkim wypoczynku w hotelu wybiegłyśmy z Krysią na ulicę. Po sielskim spokoju białoruskiej wsi oszołomione byłyśmy ruchem miasta, szykującego się do wielkiej przygody. Mówiłam ze znawstwem do Krysi: "tu czuć zapach wojny", a dziewięcioletnia Krysia pociągała nosem i przyznawała z przekonaniem: "Tak, rzeczywiście czuć".
Rzucały zalotne spojrzenia w kierunku chłopaków
Nazajutrz drogą wiodącą przez przedpoleskie równiny wlokła się para zmęczonych koni, ciągnąca mocny, gospodarski wóz wypełniony po brzegi rozbawionymi ludźmi. Ani znojna, nużąca droga, ani palące jeszcze promienie popołudniowego słońca nie potrafiły zetrzeć śladów niecodziennych wrażeń z rozochoconych twarzy dorodnych dziewcząt i krzepkich parobków wracających z miejskich obowiązków. Wystrojone dziewczęta w białych chusteczkach, wiązanych pod brodą, stłoczone na obszernym siedzeniu na końcu woza, rzucały zalotne spojrzenia w kierunku siedzących bliżej koni chłopaków i aż popiskiwały z uciechy, kiedy wóz rozbujany po nierównościach drogi, przechylał się niebezpiecznie na którąś stronę. To bujanie się wozu stwarzało okazję do uczepienia się ręki chłopaka, którą się potem wstydliwie cofało, do otarcia się męskim ramieniem o sterczącą pod bluzką pierś rozbawionej dziewczyny i co chwila pobudzało jadących do głośnego śpiewu i wrzawy. Zalotne dziewczyny, popatrując zalotnym spojrzeniem w stronę siedzących chłopaków, prowokowały ich swoimi kobiecymi sposobami - to chichocząc, to wyciągając smętne melodie: Kahda ty, moj miłoj, prijediesz, / Kahda ty drużynu zbierosz. / Kahda ty minie maładuju, / Pod carskij wieniec powiedziosz.
Parobcy chętnie podchwytywali nutę i odśpiewywali butnie zarumienionym w radości dziewczętom: W piatnicu rano prijedu, / W subotu drużynu zbieru. / W niedzieli cibie maładuju / Pod carskij wieniec podwiedu.
Wśród tego rozbawionego towarzystwa usadowionym na wygodnym, usłanym dzieruhą siedzeniu jechałyśmy z Krysiąz Baranowicz do Hajkowców. Państwo Niedźwieccy zatrzymani pilnymi sprawami pozostali jeszcze w Baranowiczach, nas zaś z dworską służbą odesłali końmi do domu.
Zabudowania dworskie przygniatały swoim ogromem
Twarze jadących dziewczynek również płonęły z podniecenia i ciekawości. Po opuszczeniu podminowanej atmosfery miasta spokój poleskiej ziemi kazał zapomnieć o nastrojach wojennych. Zresztą w tym wieku nie pamięta się długo o poważnych sprawach. Cieszyłyśmy się więc sobą i cieszyła nas myśl o wspólnie spędzonych czekających na nas dwóch tygodniach letnich wakacji. Aż trudno uwierzyć w takie szczęście! Przez całe dwa tygodnie przyjaciółki będą razem pod jednym dachem, stale razem. Przy tym Krysia opowiada cuda o Hajkowcach...
Przyjazd do Hajkowców upamiętnił mi się przykrym wrażeniem. Nadciągnęła burza i niebo pokryło się ciemnymi chmurami. Groźne pomruki grzmotów i silny, gnący drzewa wicher przypominały mi o oddaleniu od moich najbliższych. Poczułam się osamotniona i smutna. Ciągnące się nieskończenie zabudowania dworskie przygniatały swoim ogromem. Sam dom mieszkalny, stary i czekający na remont nie był tym domem, którego się spodziewałam.
W kuchni dworskiej poczęstowano nas ugotowanymi kolbami kukurydzy, smarując przedtem ziarna surowym masłem. Masło szybko spływało po gorących ziarnach, zalewając brody, ale kukurydza była wyborna, co nam pomogło trochę rozpędzić przykry nastrój.
Dni następne były pełne słońca, wody w przepływającej obok rzeczce, wonnych gruszek pod drzewem, soczystych pomidorów zrywanych wprost z krzaczka, świeżych ogórków, lejącym się miodzie, brzęczących os krążących nad beczką z miodem, wyjazdów wozem drabiniastym w pole po zboże i pachnących świeżym sianem nocy. To spanie na sianie w stodole wyprosiłyśmy u mamy Krysi, która wreszcie zgodziła się pod warunkiem, że będziemy tam pod opieką najrozsądniejszych panien ze służby.
"To" naprawdę się stało
Pan pułkownik po powrocie do domu nie zaniedbywał swoich obowiązków gospodarza. A że przy tym złamana noga nie pozwalała na chodzenie, a każdy koń w tę gorącą porę żniw był na wagę złota, więc Pani Halina zaprzęgała się do dwukółki i obwoziła męża po gumnie. Ubrana w wynoszone i wypłowiałe ubrania, w starych skórkowych rękawiczkach, od wczesnego rana była wszędzie tam, gdzie wrzała robota.
W tej pracowitej, pełnej słonecznego blasku atmosferze szybko minęły dwa tygodnie. Rodzice Krysi wyjechali wcześniej do Baranowicz, a mnie z Krysią dowieziono tam 31 sierpnia lekkim fajetonem. Nocowałyśmy w hoteliku u usłużnego Żydka, a na drugi dzień od rana miałam wyruszyć w dalszą podróż do domu.
Spałyśmy z Krysią w osobnym pokoju, w którym zainstalowany był głośnik radiowy. Z rana obudził nas dziwny głos: uwaga, uwaga, nadchodzi.
Początkowo nie zwracałyśmy na to uwagi, z czasem jednak nasilający się, pełen powagi, powtarzający się głos, zaczął nas niepokoić. Zerwałyśmy się z łóżka i wbiegłyśmy do pokoju rodziców Krysi. Pułkownik leżał wyprostowany na łóżku z oczami znieruchomiałymi, a pani Halina siedziała przy stole, podparta na ręce, z twarzą spopielałą i szklanymi oczami. Na nasze gwałtowne pytania nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Zrozumiałyśmy, że "to" naprawdę się stało.
W pewnej chwili pułkownik Niedźwiecki usiadł na łóżku i zażądał ubrania. Na zdziwione spojrzenie żony odpowiedział niecierpliwie: W takiej chwili moje miejsce jest w moim pułku. Nie pomogły perswazje. W pół godziny potem zajechała dorożka, do której wsiadł, układając przy sobie kule, ze sztywną nogą wyciągniętą przed siebie, żegnając się krótko i bez łzy wzruszenia, z najbliższymi.
W ten sposób stary piłsudskowski żołnierz udał się tam, gdzie go wzywał żołnierski obowiązek.
Umiała się zachować w decydującej chwili
Na jego życzenie nikt go na dworzec nie odprowadzał. Jego samotna, wyprostowana sylwetka zniknęła nam z oczu w odjeżdżającej dorożce. Tak nam pozostał w pamięci. Podobno ktoś go widział późną jesienią w Nieświeżu, prowadzonego pod ręce przez dwóch żołnierzy sowieckich. Wynędzniałego i obdartego, utykającego na nogę.
Tego dnia obiad jadłyśmy w kasynie oficerskim. Olbrzymie rondo kapelusza rzucało cień na oczy pani Haliny. Ona, córka i żona żołnierza umiała się zachować w decydującej chwili. Nikt nie widział u niej łez, nikt nie usłyszał słowa skargi. Jej piękna, pełna godności postać zmuszała do szacunku i opanowania.
Znajomi, którzy mieli jechać do Żuchowicz i zająć się moją osobą, zmienili zamiar. Na dworcu kolejowym spotkaliśmy pana Stasia Rudlewskiego, znanego lekkoducha i zawadiakę, który beztrosko przepuszczał na zabawy resztki rodzinnej fortuny, a który tego dnia umundurowany w nowiutki mundur salutował nas z odjeżdżającego pociągu. Przedtem jednak zdążył zamienić parę słów z panią Haliną, swoją kuzynką, stanowczo odradzając jej wypuszczenie mnie samej w tym czasie w drogę.
Opuściłyśmy dworzec pełen gorączkowego ruchu i pociągów załadowanych ludźmi w mundurach i wróciłyśmy do hotelu.
Tego dnia usłyszałam pierwsze syreny alarmowe. Baranowicze były ważnym węzłem kolejowym, posiadały nadawczą stację radiową i wojsko. Odtąd codziennie już wielokrotnie syreny będą zwiastowały nadchodzące niebezpieczeństwo.
Wróciłyśmy do Hajkowic. Upalne wrześniowe niebo zakłócał warkot ciężkich bombowców lecących w kierunku Baranowicz. Nie było żadnych wiadomości od pana pułkownika. Radio podawało wiadomości, z którymi nie mogłyśmy się pogodzić ani zrozumieć tego, co działo się w kraju.
Powinniśmy być "silni, zwarci i gotowi"
Dziwiłam się w duchu Niemcom, że tak lekkomyślnie wdali się w wojnę z nami. Czytałam w gazecie "Modlitwę do niemieckiego Boga" przedrukowaną z prasy niemieckiej i nie miałam wątpliwości, że ludzie modlący się o tak potworne zbrodnie muszą być ukarani. Przecież sprawiedliwość jest po naszej stronie i my jesteśmy silni, a "Niemcy jedzą margarynę. Niemcom wystarczy pokazać świeżą bułeczkę z szynką, a odejdzie im ochota do wojaczki..." (żart z tamtych lat).
"Westerplatte się broni..." to jedyna krzepiąca wiadomość podawana przez trzeszczące radio, łączące nas ze światem. Ale dlaczego zajmowane są kolejne miasta, dlaczego opuszcza kraj "niezłomny Wódz", kiedy powinniśmy być "silni, zwarci i gotowi", dlaczego mimo zapewnień, nie pomaga nam Francja ani Anglia? Dlaczego tak się dzieje... Dlaczego...
W gruzy walił się mój świat...
Epilog
W Hajkowcach przebywałam do 16 września 1939 roku.
Dzisiaj ze zgrozą wspominam tragizm sytuacji, w jakiej znalazła się pani Halina. Nie miała żadnych wiadomości o losach niesprawnego męża, oborę ze stadem krów nawiedziła pryszczyca, cały majątek był na jej głowie, a jeszcze do tego odpowiedzialność za cudze dziecko, którego nie było sposobu, jak odesłać z zapadłej wsi do rodziców.
W owym czasie przypomniało mi się, że mąż mojej cioci jest sekretarzem gminy w Krotoszynie. Okazało się, że Krotoszyn leży o parędziesiąt kilometrów od Hajkowców. W niedzielę 16 września bryczką, zaprzężoną w parę koni i powożoną przez panią Halinę odwieziona zostałam do cioci Stasi. Tejże nocy (17 września `39) wuj Michał, mąż cioci Stasi, podczas dyżuru w gminie otrzymał wiadomość: wojska sowieckie przekroczyły granicę Polski...
Dalsze kłopotliwe przerzucanie odbyło się przez Baranowicze, Horodyszcze, Połoneczkę, ale już nie do Żuchowicz, w których pracował tatuś. 17 września rodzice w pośpiechu opuścili dotychczasowe miejsce zamieszkania i przenieśli się do Zbycina.
I tak się zaczął zupełnie inny świat. Inne życie.
W połowie sierpnia wyjeżdżałam z domu jako szczęśliwe dziecko, a po półtorej miesiąca wracałam do zdruzgotanych rodziców, bo już nie było naszej Ojczyzny.
Dzieje "trójki Kazimierzów":
Kazimierz Niedźwiecki – pułkownik – zginął prawdopodobnie w Katyniu,
Kazimierz Belina – urzędnik – zginął w więzieniu sowieckim,
Kazimierz Karwecki – ksiądz – zginął w obozie niemieckim w Kołdyczewie.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.