Wielkanoc – najstarsze święto chrześcijańskie – przypada w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W tradycji Kościoła mówi o Zmartwychwstaniu, ale w swojej głębszej, ludowej warstwie niesie także opowieść o odradzaniu się życia. O przejściu od zimy do światła.
– To całe pasmo wiosennych obrzędów, powiązanych ze sobą jak ogniwa jednego łańcucha. Najważniejszym z nich jest właśnie Wielkanoc – podkreśla Jadwiga Krześniak.
Czekanie
Na wsi wszystko zaczynało się od postu – nie tylko jako religijnego obowiązku, ale jako doświadczenia codzienności.
– Post był surowy i naturalnie łączył się z przednówkiem. Jedzenia i tak było mniej, więc łatwiej było go przestrzegać. Ludzie czekali na święta naprawdę – z tęsknotą – wspomina Tadeusz Barankiewicz.
To czekanie miało rytm. I miało też moment przełamania.
W połowie postu przychodziło "półpoście" – czas, kiedy młodzież mogła sobie pozwolić na więcej.
– Wtedy zaczynały się psoty: wynoszenie furtek, przestawianie sprzętów, malowanie okien pannom. Rano cała wieś szukała swoich rzeczy, czasem nawet na dachach – opowiada.
Nie wszystkim było do śmiechu, ale właśnie ten śmiech – trochę złośliwy, trochę wspólnotowy – rozbrajał powagę wcześniejszych tygodni.
Dom
Wielki Tydzień był czasem porządków. Prawdziwych.
– Wynosiło się łóżka, wymieniało słomę w siennikach, szorowało podłogi. Wszystko musiało być czyste – mówi Krześniak.
A potem dom zaczynał się zmieniać.
Sufity zdobiły "pająki" ze słomy i bibuły, ściany – kolorowe wycinanki, a w centralnym miejscu izby znajdował się "święty kąt": krzyż, świece, różaniec.
Znaki
W Niedzielę Palmową do kościoła niosło się palmy z bazi i młodych gałązek.
– Robiło się je wcześniej, żeby zdążyły się rozwinąć. A po poświęceniu bazie się jadło – wierzono, że pomagają na zdrowie – mówi Barankiewicz.
Świat symboli był konkretny, dotykalny.
Podobnie było ze święconką.
– W koszyczku musiał być baranek, jajko, chleb, kiełbasa, chrzan. Każdy z tych produktów coś znaczył – życie, zdrowie, dostatek – wyjaśnia Krześniak.
A dla dzieci był to także sprawdzian cierpliwości.
– Bardzo chcieliśmy coś spróbować, ale straszono nas, że jeśli ruszymy święconkę w sobotę, do domu wejdą mrówki. To działało – śmieje się Barankiewicz.
Poranek
Niedziela zaczynała się wcześnie – rezurekcją.
A potem następowało coś, co dziś może zaskakiwać.
– Wierzono, że kto pierwszy wróci z kościoła do domu, temu będzie się dobrze wiodło. Dlatego ludzie dosłownie się ścigali – pieszo, rowerami, nawet wozami – opowiada.
Wiara miała tu bardzo konkretny wymiar: szczęście można było "wybiec".
Stół
Śniadanie wielkanocne miało swój porządek.
Najpierw chrzan – ostry, symboliczny.
– Każdy musiał zjeść choć kawałek. Dopiero potem były życzenia i dzielenie się jajkiem – mówi Barankiewicz.
Na stole pojawiał się czerwony barszcz na zakwasie, wędliny, jajka.
I coś jeszcze.
– Na środku stała jedna miska ziemniaków. Wszyscy brali z niej razem.
To zdanie brzmi dziś niemal jak definicja wspólnoty.
Śmigus Dyngus
Poniedziałek Wielkanocny przywracał żywioł.
Polewanie wodą, smaganie gałązkami, chodzenie od domu do domu – wszystko to miało znaczenie starsze niż chrześcijaństwo: oczyszczenie, płodność, urodzaj.
– Wieczorem młodzież chodziła po wsi, śpiewała i zbierała datki – jajka, ciasto, drobne pieniądze – opowiada Barankiewicz.
Śpiewano:
"Do tego domku przystępujemy,
Najświętszej Panience winszujemy..."
Dziś wiele z tych zwyczajów zanika.
– Kiedyś święta były pełne ludzi – przyjeżdżali krewni, siadali razem, rozmawiali. Dziś częściej zamykamy się w najbliższym gronie – mówi Barankiewicz.
Ale – jak podkreśla Krześniak – to od nas zależy, czy coś z tego świata przetrwa.
– Jeśli nie będziemy tych tradycji pielęgnować, znikną razem z nami.
A wraz z nimi coś więcej niż zwyczaje – sposób rozumienia świata.
Tadeusz Barankiewicz – członek Koła Gospodyń i Gospodarzy Wiejskich w Woli Rębkowskiej, lokalny działacz i pasjonat tradycji. Od lat gromadzi dawne przedmioty i kultywuje zwyczaje regionu; jest także jednym z nielicznych kataryniarzy w powiecie garwolińskim.
Jadwiga Krześniak – emerytowana nauczycielka, regionalistka i pasjonatka kultury ludowej. Założycielka Muzeum Regionalnego w Antoniówce Świerżowskiej, przez wiele lat prowadziła zajęcia i warsztaty poświęcone tradycjom ludowym, w tym obrzędom wielkanocnym.
Przy pisaniu artykułu zostały wykorzystane nagrania Powiatowego Centrum Kultury i Promocji w Miętnem oraz CSiK w Garwolinie.

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.