Między popiołem a wiosną. Wielkanoc w powiecie garwolińskim

Opublikowano:
Autor: ok

Między popiołem a wiosną. Wielkanoc w powiecie garwolińskim - Zdjęcie główne
Autor: NAC

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Z powiatu garwolińskiegoO pięknych, dziś często zapomnianych tradycjach wielkanocnych powiatu garwolińskiego opowiadają mieszkańcy regionu – Tadeusz Barankiewicz z Woli Rębkowskiej oraz Jadwiga Krześniak, regionalistka i założycielka muzeum w Antoniówce Świerżowskiej. Ich opowieści prowadzą przez świat, w którym święta nie zaczynały się w niedzielę, lecz dojrzewały przez tygodnie – razem z wiosną.
reklama

Wielkanoc – najstarsze święto chrześcijańskie – przypada w pierwszą niedzielę po wiosennej pełni księżyca. W tradycji Kościoła mówi o Zmartwychwstaniu, ale w swojej głębszej, ludowej warstwie niesie także opowieść o odradzaniu się życia. O przejściu od zimy do światła.

– To całe pasmo wiosennych obrzędów, powiązanych ze sobą jak ogniwa jednego łańcucha. Najważniejszym z nich jest właśnie Wielkanoc – podkreśla Jadwiga Krześniak.

Czekanie

Na wsi wszystko zaczynało się od postu – nie tylko jako religijnego obowiązku, ale jako doświadczenia codzienności.

– Post był surowy i naturalnie łączył się z przednówkiem. Jedzenia i tak było mniej, więc łatwiej było go przestrzegać. Ludzie czekali na święta naprawdę – z tęsknotą – wspomina Tadeusz Barankiewicz.

reklama

To czekanie miało rytm. I miało też moment przełamania.

W połowie postu przychodziło "półpoście" – czas, kiedy młodzież mogła sobie pozwolić na więcej.

– Wtedy zaczynały się psoty: wynoszenie furtek, przestawianie sprzętów, malowanie okien pannom. Rano cała wieś szukała swoich rzeczy, czasem nawet na dachach – opowiada.

Nie wszystkim było do śmiechu, ale właśnie ten śmiech – trochę złośliwy, trochę wspólnotowy – rozbrajał powagę wcześniejszych tygodni.

Dom

Wielki Tydzień był czasem porządków. Prawdziwych.

– Wynosiło się łóżka, wymieniało słomę w siennikach, szorowało podłogi. Wszystko musiało być czyste – mówi Krześniak.

reklama

A potem dom zaczynał się zmieniać.

Sufity zdobiły "pająki" ze słomy i bibuły, ściany – kolorowe wycinanki, a w centralnym miejscu izby znajdował się "święty kąt": krzyż, świece, różaniec.

Znaki

W Niedzielę Palmową do kościoła niosło się palmy z bazi i młodych gałązek.

– Robiło się je wcześniej, żeby zdążyły się rozwinąć. A po poświęceniu bazie się jadło – wierzono, że pomagają na zdrowie – mówi Barankiewicz.

Świat symboli był konkretny, dotykalny.

Podobnie było ze święconką.

– W koszyczku musiał być baranek, jajko, chleb, kiełbasa, chrzan. Każdy z tych produktów coś znaczył – życie, zdrowie, dostatek – wyjaśnia Krześniak.

reklama

A dla dzieci był to także sprawdzian cierpliwości.

– Bardzo chcieliśmy coś spróbować, ale straszono nas, że jeśli ruszymy święconkę w sobotę, do domu wejdą mrówki. To działało – śmieje się Barankiewicz.

Poranek

Niedziela zaczynała się wcześnie – rezurekcją.

A potem następowało coś, co dziś może zaskakiwać.

– Wierzono, że kto pierwszy wróci z kościoła do domu, temu będzie się dobrze wiodło. Dlatego ludzie dosłownie się ścigali – pieszo, rowerami, nawet wozami – opowiada.

Wiara miała tu bardzo konkretny wymiar: szczęście można było "wybiec".

Stół

Śniadanie wielkanocne miało swój porządek.

Najpierw chrzan – ostry, symboliczny.

– Każdy musiał zjeść choć kawałek. Dopiero potem były życzenia i dzielenie się jajkiem – mówi Barankiewicz.

reklama

Na stole pojawiał się czerwony barszcz na zakwasie, wędliny, jajka.

I coś jeszcze.

– Na środku stała jedna miska ziemniaków. Wszyscy brali z niej razem.

To zdanie brzmi dziś niemal jak definicja wspólnoty.

Śmigus Dyngus

Poniedziałek Wielkanocny przywracał żywioł.

Polewanie wodą, smaganie gałązkami, chodzenie od domu do domu – wszystko to miało znaczenie starsze niż chrześcijaństwo: oczyszczenie, płodność, urodzaj.

– Wieczorem młodzież chodziła po wsi, śpiewała i zbierała datki – jajka, ciasto, drobne pieniądze – opowiada Barankiewicz.

Śpiewano:

"Do tego domku przystępujemy,

Najświętszej Panience winszujemy..."

Dziś wiele z tych zwyczajów zanika.

– Kiedyś święta były pełne ludzi – przyjeżdżali krewni, siadali razem, rozmawiali. Dziś częściej zamykamy się w najbliższym gronie – mówi Barankiewicz.

Ale – jak podkreśla Krześniak – to od nas zależy, czy coś z tego świata przetrwa.

– Jeśli nie będziemy tych tradycji pielęgnować, znikną razem z nami.

A wraz z nimi coś więcej niż zwyczaje – sposób rozumienia świata.

 

Tadeusz Barankiewicz – członek Koła Gospodyń i Gospodarzy Wiejskich w Woli Rębkowskiej, lokalny działacz i pasjonat tradycji. Od lat gromadzi dawne przedmioty i kultywuje zwyczaje regionu; jest także jednym z nielicznych kataryniarzy w powiecie garwolińskim.

Jadwiga Krześniak – emerytowana nauczycielka, regionalistka i pasjonatka kultury ludowej. Założycielka Muzeum Regionalnego w Antoniówce Świerżowskiej, przez wiele lat prowadziła zajęcia i warsztaty poświęcone tradycjom ludowym, w tym obrzędom wielkanocnym.

Przy pisaniu artykułu zostały wykorzystane nagrania Powiatowego Centrum Kultury i Promocji w Miętnem oraz CSiK w Garwolinie.

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
logo