Są takie historie, które zaczynają się zupełnie zwyczajnie. Ktoś jedzie autobusem, ktoś czeka na pociąg, ktoś idzie do lasu... I nagle dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewał. Stefan Jerzy Siudalski ma szczególny dar wyszukiwania właśnie takich opowieści. Zna historię naszej ziemi, ludzi i miejsc, ale potrafi też słuchać. A czasem z jednego wspomnienia, zasłyszanego przed laty wydarzenia czy pozornie błahej historii wyłania się opowieść, którą aż chce się przekazać dalej.
Jego teksty publikowaliśmy już na naszych łamach. Tym razem oddajemy mu miejsce na "Opowieści niesamowite" – cykl historii niezwykłych, zaskakujących, czasem trudnych do uwierzenia. Nie będziemy zdradzać ich zakończeń. Bo w tych opowieściach najważniejsze jest właśnie to, co wydarzy się za chwilę. Oddajemy głos Autorowi:
SKARB
W latach pięćdziesiątych jeszcze wielu ludzi nie miało dowodów tożsamości i swojego miejsca w którym mogli mieszkać na stałe i czuć się bezpieczni.
W czas żniw przynajmniej kilku takich "bez przydziału" ludzi, mężczyzn i kobiet, najczęściej w starszym wieku, zaniedbanych i chyba niezaradnych przechodziło przez wieś.
Czasami zachodzili do domów prosząc o jedzenie, czasami próbowali gdzieś rozpalić ognisko i coś sobie upiec. Nie byli zbyt mile przyjmowani. Ludzie we wsi bali się czy czegoś nie ukradną, czy nie zaprószą gdzieś ognia a i władze podchodziły do tych bezdomnych jednoznacznie - kazały zgłaszać milicji. Ponieważ czas między zgłoszeniem a przyjazdem to był dzień, dwa więc najczęściej "ci wojenni" już sobie dalej poszli.
Dlaczego mówię o nich "wojenni"?
Sądzę, że większość z nich straciła domy, bliskich w czasie wojny, oni zachowywali się często jak by wojna wciąż trwała, po reakcjach ich było widać że mają za sobą bardzo złe przeżycia - większość z nich w mniejszym lub większym stopniu była "nienormalna" i nie z wyrazu twarzy to wynikało ale z zachowań.
Ci którzy mieli jeszcze siły i rozum aby być przydatnymi w gospodarstwie jeśli byli uczciwi i pracowici najczęściej znajdowali przynajmniej na kilka lat kąt u bogatych gospodarzy w zamian za jedzenie i pieniądze na machorkę.
Szczególnie w pamięci zachował mi się jeden taki wędrowiec. Był spokojny, chyba nawet zrezygnowany - na plecach miał duży tobołek. Ktoś ze wsi zatrzymał przejeżdżający radiowóz z milicjantami i ci chcąc nie chcąc zainteresowali się nim a dokładnie to jego tobołkiem. Zaciągnęli wędrowca za stodołę i zaczęli rozwijać szmatki tobołka.
Tobołek był jak cebula, pod wierzchnią szmatą, była szmata następna i następna. Obok milicjantów rósł stos szmat i szmatek a my zza rogu stodoły podglądaliśmy co też ci milicjanci robią.
W końcu gdy tobołek zmniejszył się do wielkości gołębia, źli jak nie wiem milicjanci rzucili go na ziemię i klnąc poszli do samochodu.
Podbiegliśmy do tej pozostałości po tobołku i oczywiście któryś zaczął rozwijać dalej te szmatki. W końcu po rozwinięciu kolejnej szmatki ukazała się naszym oczom zawartość tobołka - pędzelek do golenia, taki zwykły już dobrze zużyty pędzelek.
To był cały majątek tego wędrowca.
Stefan Jerzy Siudalski
Wysiadła w lesie. Kiedy wróciła do autobusu, wszyscy zamarli

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.