Daleko, niby tak ale liczy się czas podróży, cena i jakość. Do Zakopanego samochodem i drożej i dłużej niż do Alicante w Walencji. Jak się poluje na bilety na samolot to i za niecałe trzysta złotych można tu przylecieć. Z Alicante jeszcze 40 minut samochodem lub autobusem [bilet 7 E] ale czas leci szybko jak za oknem samochodu są takie jak tam widoki.
Hodują tu sól – soli się nie hoduje tylko wydobywa.
Tak jest w Polsce ale oni hodują tzn napuszczają słoną wodę do ogromnych płytkich zbiorników i czekają jak słońce odparuje wodę a zostanie sól. Wtedy wjeżdża spychacz i zgarnia sól na ogromne sterty. Czyli jednak pewien rodzaj „hodowli”.
Przyleciałem tu pod koniec marca i… temperatury tak na poziomie 30-32 st C. Na spacery to jak nic kapelusz na głowę a do torebki butelka z wodą. Ludzie się opalają, kąpią w morzu – woda chłodna ale zawsze to cieplejsza niż w lipcu w Bałtyku.
Pierwsze zakupy – pytali mnie znajomi są sobie poradzę bez znajomości języka. Odpowiadałem:
„Hiszpanie nie znają angielskiego…
...ja też nie znam więc jakoś musimy się porozumieć” - i oprócz dwóch sytuacji nie było problemu. Albo na migi i palce, albo tłumaczem wgranym do telefonu i całkiem sensownie to funkcjonuje.
Po długim spacerze po plaży – początek kwietnia – gorącą jak diabli – w końcu jednak uznałem, że trzeba znaleźć a właściwie to wybrać – jedną z wielu - kafejkę i tam odpocząć.
Już wcześniej zorientowałem się, że wina u nich tanie a dokładnie to tańsze niż Cola. W spisie, spisie menu obrazkowym, zobaczyłem szklankę, z winem i lodem z napisem Sangria. Więc proszę Sangrię – nie ma – pokazuję palcem na obrazek – a Sanrgija – a kto tam wiedział, że pisze się tak samo a czyta inaczej.
Drugi przypadek to miałem jak szukałem mąki pszennej bo sobie chciałem zrobić naleśniki. Użyłem translatora – pokazałem wynik sprzedawcy a on twierdzi, że nie ma. Nie ma maki pszennej – a to dopiero ale…. Widziałem po drodze sklep niemiecki – muszą mieć pszenną czyli „weizen” – zachodzę jest weizen.
Ale nie dawało mi spokoju z tą hiszpańską mąką „weizen” czyli pszenną i sam poszukałem po półkach Mercadony [duży spożywczy sklep sieciowy]– znalazłem „harino de triga” i na niej smażę naleśniki. Uwaga – ich oleje nie nadają się do smażenia tylko do sałatek.
To na czym smażą?
A na smalcu.. jest rewelacyjny.
Gdzieś na półce znalazłem oliwki „washabi” – kupiłem – pychota i tak zaczęło się. Na rynku który tu odbywa się w każdy piątek znalazłem dwie kolejki do stoisk – jedna do win sprzedawanych z samochodu w butelki plastikowe a druga do stoiska z oliwkami.
Do tej pory to oliwki raczej omijałem w diecie… na Krecie mi nie za bardzo smakowały, w Maroku też a tu się zajadam. Kupuję po trzy opakowania różnych i używam prawie do wszystkiego – co się zmieniło?
Po prostu tu jest wybór chyba około sześćdziesięciu smaków oliwek. Jest więc w czym wybierać.
Ryb i owoców morza też mają chyba około 50 gatunków ale nie umiem przyrządzać więcej niż trzy gatunki z tej listy więc na razie omijam te stoiska.
Właściwie to tu miałem przez tamte, pierwsze, dwa miesiące jak w raju. Ciepło a nawet gorąco, słońce zachodzi o dwie godziny później niż w Polsce, wszelkie owoce prawie prosto z pola – czasami prosto z Afryki. Trafiłem na świeże daktyle. Kupiłem, objadłem się i… po kilku dniach coś się pozmieniało w moim organizmie:
• ciśnienie mi tak spadło, że musiałem odstawić dwa z czterech lekarstw i tak jest do dziś a minęło ponad cztery lata,
• kłopoty z trawieniem jakie mi dokuczały od prawie 30 lat zniknęły a przecież lekarze w Polsce byli bezradni,
Po dwóch pierwszych miesiącach pobytu w Hiszpanii jeszcze się coś zmieniło:
• waga spadła mi o 5 kg i tak się cały czas utrzymuje,
• znikło mi uczulenie i o ile w Polsce musiałem co dzień brać Clatrę lub coś podobnego to tu mi wszystko znikło i nie mam objawów uczulenia – czasami tylko reaguję na chłód kichaniem i to wszystko.
Waga spadła bo pewnie oszczędzałem na jedzeniu?
Nie, każdy obiad składał się z zupy, drugiego dania i zwykle ze słodkiego deseru. Czyli o żadnym oszczędzaniu na jedzeniu mowy nie było.
Czyli?
A dobrze mi na tym świecie…
Któregoś dnia, po długim spacerze po plaży, postanowiłem zjeść obiad w restauracji z której wcześniej korzystała moja córka z zięciem. Wychowany w PRLu pamiętałem, że w restauracjach w Polsce bywały w menu ryby. Bywały tzn nie zawsze były – nie mówię tu o śledziach tylko o rybach z prawdziwego zdarzenia.
No tak ale tu na wyciągnięcie ręki – dosłownie – Morze Śródziemne i jego zasoby to przecież nie będę pytał kelnera: „czy jest ryba?” tylko od razu zamówię.
„Poproszę rybę”.
„A jaką?”
...i zaczyna mi kelner wymieniać chyba z dziesięć gatunków ryb i na dodatek dla każdego gatunku podaje różne sposoby przyrządzania. Niedobrze – ja jednak nogami siedzę nadal w PRLu – mam pomysł – dzwonię do córki w Polsce.
„Tata, weź pozycję 147 z menu” – uff, udało się.
Tam w menu było 300 pozycji!
---
Zachciało mi się naleśników. Proszę żonę aby usmażyła.
„Nie mam jajek – jak pójdziesz i kupisz to ci zrobię!”
Poszedłem – stanowisko z jajkami. Wezmę takie mniejsze sześcio-jajkowe opakowanie. Kupiłem – wracam do domu – daję te jajka żonie.
Za chwilę słyszę: „A coś ty kupił? Jajka na twardo?”
Telefon, włączam tłumacza, sprawdzam napisy na opakowaniu - o pierona – oni sprzedają jajka także na twardo!
A wpadlibyście na taki pomysł aby sprawdzić czy nie są na twardo?
---
Idziemy z żoną w Parku Wodnym w Torrevieja – rozmawiamy po polsku. Przechodzący mężczyzna mówi do nas:
„Dzień dobry”
Odpowiadam „dzień dobry” i pytam nieznajomego skąd on jest – z Polski
Ale dokładnie skąd?
Z Warszawy
A dokładnie to z jakiej dzielnicy?
Z Żoliborza ale w młodości mieszkałem na Kawęczyńskiej.
To chodziłeś do szkoły na Otwockiej?
Tak do 126-tj.
Uczył cię Gawdzik?
Tak i Lebiedź.
Ponad 3000 km do Warszawy a tu spotykam młodszego kolegę z tej samej szkoły na Szmulkach!
Park wodny
---
Zwiedzamy przepiękne miasteczko Altea. Wąskie uliczki, kościół na wzgórzu, sklepiki, kwiaty, turyści... dobre 100 km od miejsca gdzie mieszkamy w Hiszpanii.
Nasze panie weszły na 5 minut do sklepu z pamiątkami a my wierząc w te 5 minut siedliśmy na schodach kościoła i czekamy. Czekamy 10, 20 minut, minęło 30 a panie nadal w w sklepie. Słyszę z tyłu głosy po polsku – oho – polska wycieczka.
W pewnej chwili z wycieczki podchodzi do mnie młoda kobieta i mówi:
„ O, pan mnie na targu w Torrevieja doradził abym kupiła wino pomarańczowe – rewelacja – dziękuję”
Nie dość, że daleko ten targ, nie dość, że było to kilka miesięcy temu to jeszcze mnie zapamiętała i rozpoznała!
Nareszcie idą!
---
Zbyszki /małżeństwo/ postanowiły, że się przeprowadzą na stałe do Hiszpanii. Numer N.I.E wyrobili, meldunek czyli pełne zasiedlenie itd.
Któregoś dnia pojechali do sklepu na zakupy. Usłyszeli Polaków, rozpoczęli rozmowę – wymiana informacji – skąd?
Z Warszawy
O to może znacie Siudalskich?
O tak – Stefana i Ewę…
------
Oni tu Hiszpanii mają mniej więcej tyle samo dni wolnych od pracy co my – mam na myśli święta ale… w każdej prowincji są dodatkowe, miejscowe święta z których cześć też jest dniami wolnymi. Tu mogą zdarzyć się pułapki – po prostu aby uniknąć niespodzianek lepiej po przybyciu do Hiszpanii zaopatrzyć się w miejscowy kalendarz.
Środek tygodnia – wieczór – nie chce mi się iść do sklepu na zakupy – pójdę jutro. Poszedłem – wszystkie sklepy i nawet stacja benzynowa zamknięte – jak święto to dla wszystkich – dla sprzedawców też.
Jak święto to święto.
cdn
Stefan Jerzy Siudalski

Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.